Szlachetne zdrowie, klejnocie drogi
Rozkład systemu opieki zdrowotnej (pokutuje u nas zbitka “służba zdrowia”, ale od czasu wprowadzenia w Polsce systemu ubezpieczeniowego przez rząd Buzka o “służbie” mówić nie można - służbą jest np. policja) jest faktem. Jak napisałem wcześniej, znane są problemy, znane jest i wiele wariantów działań. Zagrożeniem, jak zawsze, jest brak woli politycznej do ich wdrożenia, bo za reformę wdrożoną bez właściwie przeprowadzonych konsultacji społecznych można ciężko zapłacić w akcie wyborczym (tym bardziej trzeba ją wdrożyć szybko, aby jej efekty były widoczne przed 2011 rokiem).
W oczekiwaniu na piątkowe exposé premiera, zastanawiam się nad problemem prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych.
Powiedzieć, że prywatne ubezpieczenia zdrowotne są nam konieczne, to czysty truizm - i kompletnie nic nie pomoże dalsze śrubowanie składki, co proponował Zbigniew Religa. Wystarczy spojrzeć na skalę prywatnych wydatków Polaków w sektorze zdrowia. Przy budżecie NFZ rzędu ok. 42 mld PLN, szacuję całkowite nakłady na ochronę zdrowia w Polsce na 60-65 mld PLN. Spora część tej różnicy wynika z gotówkowych płatności uiszczanych każdorazowo przy “prywatnej wizycie”. Rząd PO odrzuca koncepcję współpłacenia, swego czasu proponowaną przez Jerzego Hausnera, więc siłą rzeczy ubezpieczenia będą głównym lansowanym pomysłem. Jest z nimi trochę problemów, które trzeba zdefiniować i zaadresować.
Po pierwsze, wyłączywszy powszechne ubezpieczenie zdrowotne w NFZ, nie ma w polskim systemie legislacyjnym pojęcia ubezpieczenia zdrowotnego. Ubezpieczenia zdrowotne oferowane są tedy w jednej z dwóch form - albo jako forma ubezpieczeń majątkowych (coś w tym jest - odsyłam do Kochanowskiego), albo jako forma ubezpieczeń na życie, szczególnie jako produkt towarzyszący podstawowym ubezpieczeniom życiowym. Tymczasem ubezpieczenia zdrowotne mają swoje cechy szczególne wynikające ze specyfiki przedmiotu ubezpieczenia, plasujące je gdzieś pomiędzy ubezpieczeniami majątkowymi a życiowymi, więc brak uregulowania tej kwestii, np. w ramach prawa ubezpieczeniowego, jest utrudnieniem dla funkcjonowania rynku.
Po drugie, na dobrą sprawę ubezpieczyciele z konieczności poruszają się we mgle. Nie wiadomo nie tylko czym ubezpieczenie zdrowotne miało by być, ale i co może obejmować. Funkcjonują modele teoretyczne, ekonomiści spierają się o nomenklaturę - czym są ubezpieczenia substytucyjne, czym komplementarne, a czym suplementarne, ale tak długo, jak długo nie istnieje koszyk świadczeń zdrowotnych, będą to rozważania akademickie. Agencja Oceny Technologii Medycznych przygotowała, co prawda, katalog świadczeń, ale nijak się to ma do rzeczywistego zapotrzebowania rynku na informację. Im mniej pieniędzy, tym mniej świadczeń w koszyku - jeżeli trafia do niego 95% procedur, co tu dodatkowo ubezpieczać? Rzetelny koszyk trzeba przygotować jak najszybciej, a nie będzie to proste zadanie ze względu na piekielnie mocne naciski poszczególnych specjalności lekarskich i żałośnie słabą legitymację funkcjonowania Agencji (zarządzenie ministra zdrowia…).
Po trzecie, publiczne ZOZy są upośledzone, nie mogąc w praktyce przyjmować prywatnych pacjentów. W 2004 r. powstała koncepcja przekształcania ich w tzw. SUPy (spółki użyteczności publicznej), ale została źle przyjęta przez menedżerów samych ZOZów, więc pozostaje na dzień dzisiejszy tylko przekształcenie ich w spółki prawa handlowego - co, zaimprowizowanymi niekiedy metodami, stopniowo się dzieje. Ministerstwo Zdrowia starało się zaproponować tzw. drugi filar ubezpieczeń zdrowotnych, gdzie za drobną miesięczną opłatą chory miałby prawo do lepszych warunków pobytowych. Jest małe “ale”. Proponowane ubezpieczenie nie dawało by prawa do przeskoczenia kolejki oczekujących, czyli nawet po wykupieniu takiego produktu na tę przykładową operację zaćmy trzeba by te 900 dni odczekać. Ministerstwo Zdrowia argumentuje, że w świetle Art. 68 Konstytucji RP nie można w przypadku publicznych placówek opieki zdrowotnej zastosować mechanizmu przeskakiwania kolejki. To chyba już lepiej iść prywatnie…
Po czwarte, na rynku funkcjonują dwie grupy podmiotów, które są ze sobą w konflikcie - firmy medyczne (abonamentowe) i ubezpieczyciele. Obie grupy mają swoje racjonalne argumenty. Z punktu widzenia pacjenta, ich produkt jest w dużym stopniu homogeniczny - inaczej jest z punktu widzenia świadczeniodawcy. Abonamentowcy przekonują, że ich zadaniem jest zapewnienie klientom korporacyjnym opieki zdrowotnej na podstawowym poziomie ambulatoryjnym, a ubezpieczyciele skarżą się, że pomimo oferowania usług, które wedle prawa europejskiego kwalifikują się jako ubezpieczeniowe, firmy medyczne nie są zobowiązane do utrzymywania rezerw, co uderza w konkurencję na rynku. Spór jest dość skomplikowany, więc nie będę zbyt weń wnikał, jednak konkluzja wydaje się oczywista: bez podjęcia w tej sprawie inicjatywy ustawodawczej jeszcze przez lata spory będą hamowały rozwój rynku; tymczasem obie grupy są wobec siebie komplementarne i nie sposób wyobrazić sobie ubezpieczyciela oferującego polisy zdrowotne, który działa bez zaplecza w postaci porozumienia ze świadczeniodawcą.
Po piąte, jest sprawa podziału Narodowego Funduszu Zdrowia, co mocno forsuje Ewa Kopacz, argumentując, że to wprowadzi element konkurencji na rynku. Mam co do tego postulatu nieco mieszane uczucia, bowiem o ile zasadniczo uważam go za słuszny, o tyle, cóż, od samego mieszania herbata nie robi się słodka. Poza tym, po takiej decyzji od razu wybuchnie medialna wrzawa, że rosną koszty administracyjne. A pewnie, że wzrosną. Obecnie stanowią w budżecie NFZ ok. 1,6% (a nie 60%, do czego kiedyś próbował przekonywać Janusz Korwin-Mikke), i m.in. dlatego nikt nie jest zadowolony z kontaktów z Funduszem. Po jego podziale sumaryczne koszty administracyjne muszą wzrosnąć, ale jeśli za takim krokiem nie pójdą działania zmierzające do określenia nieszczęsnego koszyka świadczeń, nie sądzę, żeby dał on odczuwalne korzyści pacjentom. Na marginesie, Andrzej Sośnierz postulował wprowadzenie jako nowego algorytmu kontraktowania usług ze środków publicznych systemu opartego na tzw. grupach zróżnicowanych diagnostycznie. Jeśli powiąże się go z koszykiem, ruch ten ma duży sens i mam nadzieję, że nie zostanie całkowicie wyrzucony do kosza.
Last but not least, konieczność osiągnięcia porozumienia społecznego. Sprawa tak społecznie wrażliwa jak rezygnacja z mirażu bezpłatnej opieki zdrowotnej dla każdego wymaga osiągnięcia porozumienia wszystkich stron debaty publicznej. Nie tylko środowisk lekarskich, które potrzebę takich działań zwykle rozumieją, ale i organizacji pacjentów czy związkowców (rewitalizacja Komisji Trójstronnej byłaby bardzo pożądana!). Nie wierzę, że jest to sprawa nie do przeprowadzenia - udało się z OFE, może się udać i z ubezpieczeniami prywatnymi. Byłyby konieczne ustępstwa obu stron - być może okresy przejściowe, zapewne zachowanie bezpłatnej opieki dla emerytów i rencistów - ale czym innym jest kompromis, jeśli nie podstawowym instrumentem uprawiania polityki? Zawsze istnieje luka między tym, co społecznie konieczne a tym, co politycznie możliwe. Poprzedni rząd miał niejakie kłopoty z identyfikowaniem istotnych celów długookresowych, w przeciwieństwie do doraźnych celów politycznych. Nie wierzę, co prawda, że politycy nagle zaczną myśleć w perspektywie dłuższej, niż długość kadencji, ale mam szczerą nadzieję, że wreszcie teraz, po wyborach, znajdą się ludzie, którzy im w tym pomogą.
Powyższy tekst zawiera kilka głównych wątków związanych z tematem ubezpieczeń prywatnych. Z pewnością można rozszerzyć go o wiele innych aspektów, ale moim celem było przedstawienie problemu w miarę przystępnie.
Tags: Kopacz, koszyk, NFZ, ochrona zdrowia, PO, służba zdrowia, ubezpieczenia zdrowotne, ubezpieczyciele, zdrowie, świadczenia, świadczeniodawcy
You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.