Inflacyjny miecz Damoklesa
Od paru miesięcy z obawą przyglądam się wskaźnikom ekonomicznym, wypatrując powrotu inflacji. Długookresowy cel inflacyjny Rady Polityki Pieniężnej to co prawda 2,5%, ale kupując co sobotę ser żółty mam wrażenie, że w skali rocznej już dawno go przekroczyliśmy. Wczorajsze doniesienia GUS o tempie wzrostu PKB brzmią całkiem optymistycznie, ale uspokojony się nie czuję. Myślę, że Jacek Rostowski ma świadomość zagrożenia i wierzę, że będzie miał dostateczne wsparcie w rządzie, żeby stawić mu czoła.
Według GUS wzrost gospodarczy w III kwartale wyniósł 6,4% (całkiem piękny wynik – gdyby jeszcze przy tej okazji udało się zmniejszyć dług publiczny…). Bezrobocie w tym samym okresie spadło do ok. 11,6% – co ciekawe, według Eurostatu (mają inną metodologię szacowania bezrobocia) już od dawna mamy ten wskaźnik na poziomie jednocyfrowym, ok. 8,8%. Krótko mówiąc, używając porównania ortopedycznego, stopa życiowa nam się podnosi.
Wiele wskazuje zarazem, że wzrost nakręcany jest popytem krajowym. Stwierdziliśmy, że coś przyjemnego nam się od życia należy (pewnie za tę liczbę godzin spędzanych średnio w pracy – teoretycznie jesteśmy wśród rekordzistów świata) i zaczęliśmy konsumować w całkiem zachodnim stylu. Popyt krajowy, według Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, wzrasta w tempie przekraczającym 7% rocznie – szybciej niż PKB, więc trochę żyjemy na kredyt. Wynagrodzenia rosną równie szybko – trudno znaleźć fachowców (spora część siedzi na Wyspach Brytyjskich), więc przedsiębiorcy, którzy zwiększają zatrudnienie, muszą czymś ściągnąć ich do pracy. Dodatkowo Zyta Gilowska obniżyła pracownikom składkę rentową, co dla mnie było oczywistym chwytem wyborczym – gdyby zamierzała ułatwić życie przedsiębiorcom NIE NAKRĘCAJĄC przy tym inflacji, obniżyłaby obciążenia przedsiębiorcom – nie było np. przeszkód, żeby zlikwidować składkę na Fundusz Pracy. W ten sposób do obiegu trafiły dodatkowe środki, przeznaczone na konsumpcję.
Najwięcej ostatnio najwyraźniej wydajemy na mieszkania, ale produkcja przemysłowa w ogóle rośnie w tempie 8% rocznie, a inwestycje – nawet powyżej 20% rocznie. Znaczy się, firmy zakładają wzrost produkcji. Ze względu na aprecjację złotówki mam podejrzenia, że większą część tego wzrostu ma zaspokoić popyt krajowy. Nie daj Boże, żeby Polacy przestali konsumować, bo firmy zostaną z pełnymi magazynami, tudzież świeżo powiększonymi i niewykorzystanymi mocami produkcyjnymi.
Patrząc w szerszym kontekście: już napisałem, że sięgając po portfel w spożywczym zgrzytam zębami. Ser żółty, mleko, masło – na oko wzrost cen w ujęciu rocznym sięgnął 1/3. Podejrzewam, że rolnicy są szczęśliwi, ale trudno mi się z nimi identyfikować, płacąc 28 złotych za kilogram sera. Zjawisko ma, jak się zdaje, charakter ogólnoeuropejski i dzisiaj, jako konsument, płacę za wspólny rynek. W takiej sytuacji zawsze nachodzą mnie myśli, że lepiej byłoby, gdyby Unia Europejska zamiast wywalać połowę swojego budżetu na dopłaty bezpośrednie w ramach CAP, skierowała ten strumień finansowy na restrukturyzację obszarów wiejskich. Tu życzliwa rada dla alterglobalistów: jeśli faktycznie zależy wam na dobrobycie w krajach Trzeciego Świata, proponuję wysuwać właśnie taki postulat.
Jest jednak inna rzecz, która mnie znacznie bardziej niepokoi. Rząd PiS dążył konsekwentnie do konsolidacji energetyki i dopiął swego: mamy od tego roku cztery zintegrowane pionowo koncerny, molochy obejmujące wszystkie etapy produkcji i dystrybucji energii – od wydobycia węgla aż do gniazdka detalicznego odbiorcy. Nie trzeba mnie przekonywać, że energetyka wymaga inwestycji, ale nie jestem przekonany, że to był najlepszy pomysł, aby je zapewnić. Gorzej, że to było dopiero preludium do czegoś, co poczujemy w przyszłym roku. 1 sierpnia Jarosław Kaczyński powołał na stanowisko szefa Urzędu Regulacji Energetyki młodego i zdolnego, ale nieopierzonego prawnika, Adama Szafrańskiego, który od 31 października – wbrew stanowisku UOKiK – niebacznie zwolnił firmy energetyczne z obowiązku zatwierdzania taryf. Krótko mówiąc, od 2008 r. będziemy mieli w Polsce uwolnione ceny energii elektrycznej. I 4 potężnych graczy, którzy nie wpuszczą konkurencji do naszego gniazdka. Jeśli ktoś chce wiedzieć, co oznacza oligopol i brak kontroli cen, niech spojrzy na TP SA, lub w najlepszym razie Wielką Trójkę operatorów komórkowych. Chciałbym być dobrze zrozumiany – jestem zwolennikiem wolnego rynku, ale nie oznacza to dawania pełnej swobody działania dominującym graczom. Dość gadania, szykujmy portfele…
Dodatkowo od jesieni spółki węglowe rozpoczęły negocjacje z kluczowymi klientami – głównie z branży energetycznej – dotyczące wzrostu cen węgla. Górnicy chcą 15-procentowych podwyżek, a zaznaczam, że surowiec w produkcji energii to najważniejszy koszt zmienny. Kopalnie także potrzebują inwestycji w wydobycie, bowiem na węgiel (zwłaszcza wysokich klas energetycznych i koksowniczy) jest na świecie bardzo duże zapotrzebowanie, to jasne. Nie jest natomiast dla mnie jasne, dlaczego spółek węglowych nie można sprywatyzować. Nie jest dla mnie także jasne, dlaczego nikomu dotąd nie udało się stawić czoła socjalnym żądaniom górników – do dzisiaj pozostał we mnie niesmak po wycofaniu się SLD ze zmiany zasad regulujących emerytury górnicze w 2005 r. i postawy Cimoszewicza wobec związkowców. Przechodziłem wówczas Wiejską w drodze do pracy i przed godziną 9 rano widziałem pijanych, uzbrojonych w styliska od kilofów bojówkarzy, zaczepiających kobiety, ale i urzędników. Po południu widziałem też samochody z powybijanymi szybami, którymi właściciele lekkomyślnie przyjechali wtedy do pracy.
Biorąc pod uwagę czynniki inflacjogenne mamy więc już wzrost popytu krajowego, wynagrodzeń, stymulujące konsumpcję działania poprzedniego rządu, rosnące ceny żywności oraz ceny energii. Kierowców nie muszę przekonywać o wzroście cen benzyny – na początku września przy pewnym hipermarkecie koło Częstochowy tankowałem U95 za 3,99 PLN; i tak mamy szczęście, bo kontrakty na paliwa płynne są wciąż denominowane w dolarach, chociaż OPEC chce to zmienić – najwięcej powodów do narzekań mają Amerykanie. Do tego dochodzi jeszcze jedno ryzyko – 4 grudnia Komisja Europejska ma zadecydować, czy w przyszłym roku będziemy uprawnieni do stosowania obniżonej stawki VAT w gastronomii; jeśli zapadnie decyzja negatywna, ceny żywności od stycznia ponownie podskoczą. Rada Polityki Pieniężnej jest świadoma zagrożenia i stopniowo, regularnie podnosi stopy procentowe – ostatnio w kończącym się tygodniu, o 25 punktów bazowych.
Rząd Tuska niestety nie będzie realizował w przyszłym roku autorskiego projektu budżetu, tylko założenia, które przygotowała jeszcze ekipa Jarosława Kaczyńskiego. Mówię, niestety, bowiem jest to budżet skażony kampanią wyborczą. W tej sytuacji nie uda się w przyszłym roku sprowadzić wzrostu wydatków budżetowych do rozsądnego poziomu – mam nadzieję, że będzie to możliwe w budżecie na 2009 r. Wydłużenie o rok okresu przywilejów emerytalnych przy jednoczesnej obniżce składek rentowych wyrwało gigantyczną dziurę w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, którą będzie trzeba pokryć z budżetu państwa. Wydatki FUS w przyszłym roku przekroczą 132 mld złotych, a składki ubezpieczonych pokryją tylko 77 mld mld. To oznacza, że na każde 100 zł odprowadzone w postaci składek na ZUS, dodatkowe 70 zł na emerytury zostanie przekazane z naszych podatków. Ale, ale, odbiegam od tematu: rzecz w tym, że żadne decyzje rządu nie mają już wpływu na to, co zdarzy się w gospodarce w przyszłym roku – a zapowiada się nam wzrost inflacji. Jeżeli jednak gabinet Tuska natychmiast przystąpi do realizacji reform finansów publicznych, skojarzonej ze strategią realizowaną przez RPP, może wpłynąć na wzrost cen w roku 2009. Jeśli tego nie zrobi, mogą nam się przytrafić podobne problemy związane z przegrzaniem koniunktury, z jakimi borykają się republiki nadbałtyckie. A za to zapłacą przede wszystkim ludzie słabiej zarabiający, zwłaszcza ci, którzy poczuli po raz pierwszy poprawę sytuacji finansowej i a conto spodziewanej dalszej poprawy w przyszłości zdecydowali się zadłużyć.
Tags: Adam Szafrański, budżet, emerytury, energetyka, górnictwo, inflacja, PiS, PO, popyt krajowy, Rada Polityki Pieniężnej, wzrost gospodarczy
You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.