O idei Europy i liberalnej demokracji

13 grudnia 2007 r., dokładnie 26 lat po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego, szefowie rządów 27 krajów członkowskich Unii Europejskiej – w tym Polski – podpisali w Lizbonie Traktat “zmieniający Traktat o Unii Europejskiej i Traktat ustanawiający Wspólnotę Europejską”, zwany odtąd Traktatem Lizbońskim. Cieszy mnie, że staliśmy się podmiotem polityki międzynarodowej, cieszy mnie nareszcie twórcza postawa wykazywana przez nowy rząd, ale cieszy mnie także fakt, że idea Unii Europejskiej po ciosie, jaki stanowiła dla niej porażka Traktatu Konstytucyjnego, ponownie wykazuje witalność.

Dla trwałości pewnej koncepcji politycznej – jaką jest, między innymi, Unia Europejska – konieczne jest uznanie przez znaczną większość obywateli założeń, na jakich koncepcja się opiera. Powszechnie więc uznajemy w Europie wolność słowa (w granicach, które nie naruszają godności osobistej innych), trójpodział władzy, pluralizm polityczny, rozdział religii od państwa, równość obywateli wobec prawa, poszanowanie praw jednostki, solidarność (która ma w Europie zupełnie inne znaczenie, niż w USA), czy zasadę niedyskryminacji ze względu na płeć. Jest to bagaż wartości akumulowanych przez społeczeństwa obywatelskie na przestrzeni wieków, w dużym stopniu bazujący na filozofii oświeceniowej czy dorobku Rewolucji Francuskiej, ale – w moim osobistym odczuciu – sięgający także do dorobku cywilizacji chrześcijańskiej, niezależnie od tego, czy zapis taki w dokumencie konstytuującym zasady funkcjonowania UE się pojawia, czy nie. Tym samym, aby Unia Europejska mogła funkcjonować, wartości te muszą być uznawane przez obywateli krajów członkowskich – w równym stopniu “starych”, jak do członkostwa aspirujących, jak Turcja. Jeśli bowiem w ramach Wspólnoty Europejskiej znajdzie się odpowiednio duża grupa obywateli kontestujących kanon światopoglądowy, doprowadzi to do rozmywania się tożsamości kulturowej a w efekcie do erozji idei. W Europie taki proces zachodzi tam, gdzie można wyróżnić zwarte grupy ludności opierające się integracji – np. pewne środowiska arabskie, tureckie czy romskie. Zaznaczam, że nie chodzi o stopienie ich z kulturowo dominującym elementem. Różnorodność kulturowa wzbogaca społeczeństwa, pod warunkiem jednak, że do tej kategorii nie zalicza się zjawisk jawnie sprzecznych z duchem idei europejskiej – np. podporządkowanie kobiety mężczyźnie, negację demokracji, unikanie obowiązku szkolnego czy zemstę na jednostkach, zrywających z tradycyjnym modelem życia w grupie. Zaakceptowanie takich zjawisk prowadziłoby w gruncie rzeczy do upadku demokracji liberalnej. Z tego samego powodu członkami Unii nie powinny stawać się kraje, które programowo nie uznają wartości Unii Europejskiej. W historii wielokrotnie obserwowaliśmy przykłady bytów politycznych, które nadmiernie zwiększyły swoją powierzchnię, nie mogąc zarazem przetrawić nabytków terytorialnych, przekonać do swoich koncepcji ludności, która znalazła się wewnątrz granic. Takim przykładem było w rosnącym stopniu Cesarstwo Rzymskie w okresie rządów następców Oktawiana Augusta, bez wątpienia było nim państwo stworzone przez Czyngis-Chana, w dużym stopniu także i III Rzesza, która – w przeciwieństwie do ZSRR – nie miała ideologii, która pozwoliłaby na identyfikację z nią różnych elementów etnicznych.

Dlatego powitałem z zadowoleniem podpisanie Traktatu Lizbońskiego, w mniejszym stopniu jako aktu prawnego per se, ale jako nowego impulsu dla zdynamizowania dyskusji o przyszłości Unii Europejskiej. Bowiem wspólna Europa nie jest dla mnie jedynie wartością samoistną, a czymś więcej – ideą, która napędza liberalną demokrację. Bez idei przewodniej, demokracja liberalna zamiera. Dla tego złotym wiekiem dla tego ustroju w krajach Zachodu była Zimna Wojna: stosunek do kapitalizmu i socjalizmu, proporcje własności prywatnej i publicznej, zasięg władzy państwa – to wszystko ożywiało debatę publiczną, tworząc zantagonizowane obozy, z których żaden nie miał takiej przewagi, aby wdrożyć postulowane przez siebie rozwiązania. Właśnie ucieranie się stanowisk, wspieranych przez masowe grupy społeczne stanowi istotę demokracji.

Po 1990 r. ta przesłanka dyskursu na Zachodzie przygasła. Zniknął obóz socjalistyczny, Europejczycy mogli na własne oczy przekonać się o moralnym bankructwie socjalizmu. Co stało się w efekcie? Obywatel coraz bardziej zaczął ustępować miejsca konsumentowi. Nie mówię tu o elitach intelektualnych – czy tzw. “salonie”, jak określało się je w Polsce w ostatnich latach – one znajdywały sobie pole do dyskusji. Jednak większa część społeczeństwa, zwykłe “niebieskie kołnierzyki” w coraz większym stopniu zobojętniały na dyskurs polityczny, bowiem z jednej strony zszedł on na tematy całkowicie obojętne masom (np. prawa mniejszości seksualnych), z drugiej zaś – ugrupowania polityczne coraz bardziej ciążyły w kierunku wspólnego centrum. Koncepcją, na której ma szansę na dłużej zogniskować się teraz debata publiczna, jest integracja europejska: jaka Europa, ile władzy narodowej, a ile centralnej, federacja, czy konfederacja itd.

Inna sytuacja panuje w USA – społeczeństwo amerykańskie jest silnie motywowane ideologią. Amerykanie wierzą, że żyją w najlepszym kraju na świecie, że demokracja amerykańska bez wątpienia jest najlepszym rozwiązaniem ustrojowym, wierzą też w boską przychylność dla swojej ojczyzny. Wbrew pozorom, i w Polsce sytuacja nie jest najgorsza – wciąż jesteśmy na etapie debaty o roli własności prywatnej i publicznej, a bracia Kaczyńscy (z góry przepraszam) podgrzali debatę dotyczącą modelu ustrojowego i paradygmatu państwa. Za to powinniśmy im być wdzięczni, bowiem przyczynili się do podniesienia poziomu uczestnictwa obywateli w akcie demokracji bezpośredniej, jakim były październikowe wybory. Frekwencja wyborcza poniżej 50% świadczy o skandalicznie niskiej świadomości politycznej społeczeństwa i postępującej erozji demokracji, o czym już mówiłem – wynika bowiem z tego obojętność obywateli dla zasad ustrojowych. Dzięki PiS mieliśmy frekwencję 53% – warto o tym pamiętać. Niezależnie od oceny Jarosława Kaczyńskiego, potrafił zapewnić pożywkę dla rewitalizacji polskiej demokracji liberalnej.

Zachodni Europejczycy są w gorszej sytuacji, żyją w świecie niepewności, z którą nierzadko mają problemy. “Dubito ergo sum”, można powiedzieć. Są zazwyczaj ateistami, krytycznie oceniają rzeczywistość, w jakiej żyją, zazwyczaj ważniejsza jest dla nich sfera “mieć”, niż “być” – wyjątkiem jest rozwijający się na Zachodzie ruch ekologiczny, potencjalnie druga idea, wokół której może rozwinąć się globalny dyskurs polityczny, czego dowodzi chociażby zakończona konferencja na Bali. Co zaskakujące, poszukujący nowego punktu odniesienia Europejczycy okazali się być podatni na obce wartościom europejskim systemy wartości, jak islam czy buddyzm. Jest to zjawisko świadczące o słabnięciu atrakcyjności europejskiego systemu wartości dla samych Europejczyków. Przez setki lat cywilizacji europejskiej przydawało witalności chrześcijaństwo, później idee Wieku Rozumu i przekonanie o niezmierzonych możliwościach technologii. W XX w. Europa utraciła swój dynamizm w hekatombach wojen światowych. Wierzę, że może go odzyskać dzięki idei Unii Europejskiej.

wykop.pl

Explore posts in the same categories: państwo, polityka międzynarodowa

Tags: , , , , , , , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

3 Comments on “O idei Europy i liberalnej demokracji”

  1. lukasz83s Says:

    A autor czytał ten traktat? Domyslam się ze nie i dlatego pisze takieg głupoty.
    Po pierwsze to teraz jesteśmy podmiotem polityki miedzynarodowej, gdyz UE jest de facto konfederacja panstw, po ratyfikacji tego zgubnego traktatu lizbońskiego będziemy raczje przedmiotem, gdyz UE majac osobowość prawną stanie się federacja panstw.
    Po drugie UE co prawda jest budowana na wartościach jakie autor wymienil, ale nie SA one bynajmniej wartości akumulowane na przestrzeni wiekow a raczej na przestrzeni ostatnich lat. Patrz równouprawnienie, czy rozdzial panstwo-kosciol. I wypraszam sobie bym MUSIAL takie wartości wyznawac. Szczególnie ze UE ma tyle wspolnego z liberalizmem co Chiny z demokracja. To zdumiewające jak autor nie rozroznia socjalizmu od liberalizmu nazywając polske krajem o demokracji liberalnej, gdzie urzednik decyduje w tylu kwestiach. I wole być obywatelem Polski niż UE.

  2. Polar Wombat Says:

    Drogi Przyjacielu,

    dziękuję za twórczy post, w gruncie rzeczy będący elementem dyskusji o modelu Europy, którego jakże nam w Polsce brakuje. Przyznam, że nie czytałem CAŁEGO traktatu, ale tylko część, która była mi potrzebna zawodowo. Jednak na tej podstawie mogę ocenić, że daje ona parlamentom narodowym spory wpływ na decyzje podejmowane na forum UE.

    Primo, zgadzam się z z drugim zdaniem w 100%, do drugiego przecinka. Czy zgubny, rzecz gustu, ale UE, nawet mając osobowość prawną w umowach międzynarodowych, i tak do federacji jeszcze sporo pozostanie. Natomiast tutaj kłania się dyskusja o roli Europy – kolega uważa, że integracja powinna zatrzymać się na poziomie konfederacji, ja natomiast sądzę, że – o ile będą na to gotowe społeczeństwa, a więc suweren europejski – powinna dążyć do formy federacji.

    Secundo, odnośnie do ostatniego akapitu: nie zgadzam się, że rozdział Kościoła od Państwa jest koncepcją nowoczesną. Ona została w praktyce powszechnie w przyjęta niedawno, natomiast nowoczesna to ona była w 1792 roku. A jeśli mówimy o źródłach, to trzeba by przyjrzeć się ewolucji stosunków Państwo-Kościół od sporu o inwestyturę. Zgadzam się, że przedmówca nie musi wyznawać ani tej wartości, ani żadnej innej – zasadą jest natomiast, aby ogół społeczeństwa pewien fundament wartości, na których UE się opiera, akceptował. Notabene, jeśli chodzi o równouprawnienie, trzeba by się przyjrzeć debacie poświęconej abolicji niewolnictwa (pierwsi w Europie znieśli je trwale Brytyjczycy w 1807 r.), a potem ruchowi o czynne prawo wyborcze dla kobiet – skądinąd także w kwestii równouprawnienia sporo do powiedzenia miała Komuna Paryska.

    Co do liberalizmu gospodarczego, niewątpliwie Unii do niego sporo brakuje, tego bronił nie będę. Co więcej, sam mogę iść w pierwszym szeregu, gdy ktoś zorganizuje protest przeciwko CAP. Niemniej jednak szanowny przedmówca pomylił dwie kwestie – liberalizm gospodarczy z demokracją liberalną, którą rozumiem jako demokrację chroniącą prawa jednostki, w przeciwieństwie np. do demokracji ludowej, czy modelu irańskiego, gdzie również panuje formalna demokracja. O socjalizmie możemy podyskutować przy odrębnej okazji.

    Poza tym, czuję się obywatelem polskim. I Europejczykiem jednocześnie. Wybór pomiędzy obywatelstwem polskim, a UE, to fałszywa alternatywa. Podobnie, jak pomiędzy Polską liberalną a solidarną, które w rzeczywistości są komplementarne.

    Mam nadzieję, że wątpliwości czytelników co do moich intencji w sposób jasny wyjaśniłem.

    Pozostaję z szacunkiem, pw

  3. lukasz83s Says:

    Drogi kolego do polemiki ;)
    Zgadzam sie ze traktat pozostawia swobodę parlamentom narodowym. I w kwestiach np. podatkow kraje czlonkowskie nadal maja moc nadrzedna. Ale pierwszy wylom zostal juz uczyniony, a co wiecej, nieprecyzyjne normy w owm traktacie stwarzaja zagrozenie ze UE bedzie jednak moglo podwazac czy wplywac na decyzje krajowe w imie “celow nadrzednych UE” (sic!)
    I chcialem zwrocic uwage na subtelna roznice. Kolega napisal “daje ona parlamentom narodowym spory wpływ na decyzje podejmowane na forum UE” zwazajac ze prawo unijne jest nadrzedne w stosunku do prawa krajowego (niestety) jest dzis odwrotnie ze to decyzje UE maja wplyw na parlament krajowy. Jak juz pisalem…pierwszy wylom zostal uczyniony, a z natury wiemy ze erozje sie tylko poglebiaja.
    Kolega napisal ” o ile będą na to gotowe społeczeństwa, a więc suweren europejski – powinna dążyć do formy federacji” – wiec spiesze zauwazyc, ze slowami samego Baroso oraz innych prominetnych politykow UE oraz ekspertow oraz empirycznego porownania traktat lizbonski jest w 96% taki sam jak traktat konstytucyjny!!! (nasz prezydent gada bzdury), a z tego co pamietam to Francja i Holandia odrzucily traktat konstytucyjny a i w Polsce nie chciano za bardzo go przyjac. Wiec jak to sie ma do tego spolecznego poparcia? Bo ja mam wrazenie ze lewaccy politycy chca nam narzucic okreslony, wygodny dla nich model, z gory! Dodatkowo sam proces ratyfikacji owego traktatu ma sie odbyc w sposob by nie zostawiac decyzji obywatelom, i taki byl cel! Pytam, czego politycy sie boja? BO ja wiem..ze te bzdury zostana odrzucone.
    Kwestia rownouprawnienia to osobny temat…i nie chce sie rozwodzic, ale w szwajcari w poszczegolnych kantonach np. prawa wyborcze kobiety otrzymaly np. dopiero w latach 60 XX wieku. Ze zgubom dla tych kantonow…ale to juz sa powazniejsze studia politologiczne :P
    Co do demokracji liberalnej, sek w tym ze obecnie trwa proces przeciwny, zamiast dbac o prawa jednostki, dba sie o prawa grup spolecznych kosztem praw jednostki…wiec prosces odwrotny od pozadanego przez kolegie i w jakims sensie mnie. Przyklady przytocze na zyczenie autora jesli bedzie chcial :) ALe racaj beda mysle jeszcze inne okazje do pogadani. Pozdrawmia http://lukasz83s.blox.pl/html


Comment: