Duszone skrzydełka

Jarosław Kaczyński po przegranych wyborach parlamentarnych konsoliduje PiS. Najwyraźniej uznał, ze dla partii opozycyjnej skuteczniejsza strategia będzie prezentowanie wyrazistego, opozycyjnego oblicza, co w perspektywie trzech lat przygotuje grunt dla elekcji kandydata PiS w wyborach prezydenckich. Prowadzi to do otaczania się prezesa przez ludzi, dla których ukuto akronim BMW – Gosiewskich, Kuchcińskich, Dudzinskich, Brudzińskich czy Szczypińskie. Nie przeczę, niekiedy są to ludzie administracyjnie sprawni, a nierzadko bardzo pracowici, jednak trwale niezdolni to stworzenia intelektualnego zaplecza.

Człowiekiem, który wciąż walczy o swoja pozycje w partii – jako, że poza nią politycznie nie istnieje – jest Ludwik Dorn, niewątpliwie inteligentny polemista, obdarzony sporą wiedza humanistyczna, ale i trudny, zarozumiały, nieskłonny do kompromisu. Dorn należy jednak do twardego rdzenia PiS, i trudno sobie wyobrazić, aby tego wiernego przez lata współpracownika Jarosława Kaczyńskiego ktokolwiek przygarnął z otwartymi rekami.

Niewątpliwie porażka PiS uderzyła natomiast w wewnętrzne zróżnicowanie partii, prezes bowiem konsekwentnie realizuje taktykę obcinania skrzydeł. Ofiara padło przede wszystkim środowisko konserwatystów, stanowiące ważny element ekosystemu PiS. Kaczyński stopniowo wyłączył ich z procesu podejmowania decyzji, a atmosfera wokół tej grupy stopniowo zaczęła się stawać coraz bardziej duszna. Pierwszym sygnałem tego procesu stał się – jeszcze przed wyborami – atak na Pawła Zalewskiego, przewodniczącego sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, który miał czelność poprosić minister Fotygę o objaśnienie słynnego sukcesu osiągniętego jakoby podczas czerwcowego szczytu UE w Brukseli. Zalewski, prawdziwy dżentelmen, lojalnie wytrwał w PiS pomimo ataków i nawału obelżywych wypowiedzi, kwestionujących jego dorobek, a także zaproszenia wystosowanego przez Antoniego Mężydłę. Został w partii i próbował jeszcze inicjować dyskusje wewnętrzną. Bez skutku. Strata dla PiS, o wiele zbyt późna decyzja Zalewskiego.

Kazimierz Michał Ujazdowski, minister kultury w rządzie Jerzego Buzka, podał się do dymisji w geście solidarności z odwołanym z funkcji ministra sprawiedliwości Lechem Kaczyńskim. Oceniać go można rożnie, ale konserwatywnym idealistą jest na pewno. Osobiście uważam, że ministrem kultury – ani za pierwszym, ani za drugim razem – nie był złym, szczególnie biorąc pod uwagę poziom zaprezentowany kolegów z gabinetu. Ale chciał kolektywnego podejmowania decyzji w PiS – musiał odejść. Za nim partię opuścił Jerzy Polaczek, ale jego akurat za tytana intelektu trudno uznać.

W poniedziałek odszedł Jarosław Sellin, były wiceminister kultury, specjalista ds. mediów. Sellin zgadzał się przez dwa lata na firmowanie skandalicznej polityki zawłaszczania mediów publicznych, dlatego czynić z niego obrońcy cnót w PiS nie można, szczególnie biorąc pod uwagę jego wcześniejszą ostrą krytykę upolitycznienia telewizji publicznej przez Roberta Kwiatkowskiego. Nie ulega jednak wątpliwości, ze obok Antoniego Mężydły należał do najlepszych ekspertów tej partii w sprawach telekomunikacji i naprawdę zna się na telewizji.

Odejście wymienionego tercetu w znaczący sposób osłabia potencjał merytoryczny ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego. Pierwsze pytanie, to co dysydenci zrobią w dalszej kolejności – w Sejmie są już niezrzeszeni Maciej Płażyński i Longin Komołowski, dosyć, żeby powołać koło… Gdyby natomiast zadać sobie pytanie o to, jacy uznani eksperci zasiadają jeszcze w ławach PiS, okaże się, ze partia ta kobietami stoi. Są dwie dobre finansistki – Aleksandra Natalli-Swiat i Zyta Gilowska (choć wizerunek tej drugiej ucierpiał przez ostatnie 2 lata). Jest Grażyna Gęsicka, dobrze oceniana także przez oponentów za sposób kierowania Ministerstwem Rozwoju Regionalnego – żałuję, że zdecydowała się kandydować do Sejmu z list PiS… Jest Joanna Kluzik-Rostkowska, która trochę poprawiła atmosferę po katastrofalnej nominacji Anny Kalaty na szefa resortu pracy. Są sympatyczne panie Elżbieta Jakubiak i Lena Dąbkowska-Cichocka, zaufane Lecha Kaczyńskiego. Wśród posłów można wskazać jedynie takie osoby jak Paweł Kowal, Zbigniew Religa czy Andrzej Sośnierz – oni są zdolni do pracy merytorycznej. I to w zasadzie tyle. Obok ponurych postaci Ziobry, Wassermana czy Macierewicza, obok wiernych pretorian prezesa, wśród 159-osobowego klubu brak osób, które zdolne byłyby pociągnąć programowa dyskusje. Ale, jak się zdaje, właśnie o to chodziło Jarosławowi Kaczyńskiemu, który nie musi się teraz obawiać o swoja pozycję. Taki jest bowiem bezpośredni efekt obcinania skrzydeł partyjnych. PiS pruje niczym Titanic mętne wody miernoty i intelektualnej miałkości, dając umiarkowanie „prawo na burt”.

 

Explore posts in the same categories: PiS

Tags: , , , , , , , , , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

Comment: