Kto ochroni prawa pacjenta
Czekam z niecierpliwością na pakiet projektów ustaw dotyczących reformy ochrony zdrowia w Polsce. Wstrzymam się z oceną ich założeń dopóki nie będę miał sposobności i czasu, aby się z nimi chociaż wstępnie zapoznać. Kilka wstępnych - niewykluczone, że mylnych - spostrzeżeń już mam, i chciałbym się nimi podzielić. Jednak najważniejsze wydaje mi się to, że zamiast o tym, kto kogo nagrał, w mediach debatuje się o problemie organizacji ochrony zdrowia, który jeśli nie jest najważniejszym, to na pewno jednym z trzech najważniejszych zagadnień ustrojowych w Polsce.
Co dla mnie oczywiste, nie da się już dłużej hamować procesu reform. On już się rozpoczął, tyle, że na dziko, poza ramami prawnymi. Społeczeństwo osiągnęło taki poziom rozwoju cywilizacyjnego, że wyraziło wotum nieufności dla dwuletnich kolejek do teoretycznie tylko bezpłatnych świadczeń zdrowotnych, i zaczęło prywatnie wydawać pieniądze - NFZ obecnie wydaje na leczenie Polaków nieco ponad 45 mld PLN, Ministerstwo Zdrowia z budżetu ok. 1/10 tej kwoty, a samorządy niespełna 2 mld. W tym samym czasie Polacy z własnej kieszeni, legalnie lub nie, a także w ramach wykupu abonamentów i ubezpieczeń zdrowotnych - wydają, licząc ostrożnie, ponad 20 mld PLN. To jest bezpłatny dostęp do świadczeń? To jest fikcja, dlatego należy z nią jak najszybciej skończyć.
Rząd Donalda Tuska sięgnął najwyraźniej po rozwiązania, które już były wcześniej dyskutowane. O koszyku świadczeń mówi się już od czasu rządu Buzka, a ostatnio zmagał się z tą niechcianą przez PiS koncepcją Zbigniew Religa. Bardzo gruntownie pomysłowi sekurytyzacji długów szpitali przyglądał się Jerzy Hausner, choć już towarzysząca mu koncepcja tzw. SUPów została gremialnie odrzucona przez środowisko. Pomysł ubezpieczeń dodatkowych, które za 30 PLN miesięcznie gwarantują pacjentowi możliwość wyboru lekarza, pielęgniarki czy położnej i na dobrą sprawę niewiele więcej, powstał w Ministerstwie Zdrowia w latach 2006-2007. Wygląda na to, że pewną nowością, która może zwiększyć atrakcyjność tych ubezpieczeń dla obywateli, jest możliwość sfinansowania ich w części z zakładowego funduszu świadczeń socjalnych - o tym wcześniej mowy nie było. Bez tego rozwiązania sukces ubezpieczenia w kształcie, nie pozwalającym pacjentom na ominięcie kolejki (co w przypadku publicznej opieki zdrowotnej byłoby prawdopodobnie niekonstytucyjne), wydaje się być mocno wątpliwy.
Interesująca może być - zależnie od jej ostatecznego kształtu - także ustawa o prawach pacjenta. W Polsce ten ważny aspekt systemu leży odłogiem. Nie prowadzi się ewidencji błędów lekarskich (sic!), bo pacjenci podchodzą do problemu fatalistycznie, świadomi solidarności środowisk lekarskich, stojących murem za lekarzami popełniającymi błędy. Lwia część błędów jest chowana pod dywanem. 2-3 tysiące pacjentów rocznie pozywa personel medyczny za spowodowanie utraty zdrowia, ale blisko 90% pozwów jest oddalanych jako bezpodstawne. Sprawy lekarzy popełniających błędy trafiają przed sądy korporacyjne, które z wielkim rozgłosem zabierają się do rozpatrywania sprawy, po czym po cichu ukręcają jej łeb. Należy w tym miejscu zauważyć, że błędy lekarskie zdarzają się wszędzie i z założenia nie mają charakteru umyślnego. Rzecz w tym, aby umieć wziąć na siebie odpowiedzialność za konsekwencje swoich działań - izby lekarskie nie powinny takich przypadków ukrywać, a szukać optymalnych rozwiązań w zakresie minimalizujących ryzyko procedur oraz ubezpieczeń od odpowiedzialności cywilnej dla lekarzy. W USA ze względu na błędy lekarskie umiera corocznie ok. 100 tysięcy ludzi. Jak statystyka przedstawia się w Polsce, tego nie wie nikt.
I dlatego uważam, że umocowany ustawowo Rzecznik Praw Pacjenta jest potrzebny. Moja opinia jest odmienna od wykładni dwóch Rzeczników Praw Obywatelskich - prof. Zolla i dr. Kochanowskiego - którzy wychodząc z założenia, że do zadań RPO należy także ochrona praw pacjentów, które należą do praw obywatelskich. Także samorządy zawodowe uważają tworzenie nowej instytucji za środki publiczne za niecelowe - to jest zrozumiałe, bowiem powołanie RPP przyczyniłoby się do stworzenia potencjalnie bardzo silnego sojusznika poszkodowanych w wyniku błędów medycznych, które wówczas ukrywać byłoby znacznie trudniej. Opór samorządu zawodowego dowodzi za to czego innego - zasadniczo na takie stanowisko nie powinien uzyskać nominacji lekarz. Jestem natomiast przekonany, że jeżeli zostanie uchwalona ustawa o prawach pacjenta zawierająca przepisy o powołaniu RPP, izby lekarskie zmienią front i będą lobbować za powołaniem na to stanowisko jakiegoś cenionego profesora nauk medycznych.
Oponenci pomysłu wskazują na istniejące już instytucje - rzeczników praw pacjenta przy regionalnych oddziałach NFZ, czy też na Biuro Praw Pacjenta przy Ministerstwie Zdrowia. Te instytucje są jednak z natury rzeczy słabe, już choćby ze względu na sposób ich umocowania - Biuro Praw Pacjenta zostało powołane zarządzeniem Ministra Zdrowia. Co więcej, przez ostatnie dwa lata zajmowało się głównie zbieraniem informacji o przypadkach korupcji i łapownictwa w ochronie zdrowia, co - oględnie mówiąc - jest sprawą drugorzędną dla praw pacjenta. Niezwykle cenną uwagę zgłosił w ostatnich dniach Adam Kozierkiewicz, którego - a nie jestem w tym sądzie odosobniony - uważam za jednego z czołowych ekspertów w dziedzinie ochrony zdrowia w kraju. Zasugerował mianowicie, aby powołaniu Rzecznika Praw Pacjenta towarzyszyła likwidacja fasadowego Biura Praw Pacjenta oraz przekształcenie instytucji rzeczników przy NFZ w swoistą hotline na wzór prywatnych ubezpieczycieli, na którą pacjenci mogliby przez 24h dzwonić z pytaniami o przysługujące im prawa wynikające z opłacania powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, a także sposoby ich egzekwowania.
To prawda, prawa pacjenta można traktować jako szczególną sferę praw obywatelskich. Jednak specyfika systemu ochrony zdrowia, asymetria informacji dostępnych dla klienta (pacjenta) i usługodawcy (lekarza), złożona konstrukcja rynku, na którym płatnik jest rozdzielony od klienta, oraz wyodrębnienie przepisów regulujących funkcjonowanie systemu nawet na poziomie Konstytucji, nie mówiąc o ustawach - wszystko to wskazuje na potrzebę objęcia szczególnym nadzorem także praw pacjenta. Wydaje mi się, że RPO ze względu na szeroki zakres obowiązków nie jest w stanie w pełni realizować tego postulatu, niezależnie od personaliów.
Jest takie zagadnienie, które powinno znaleźć swoje miejsce w ustawie o prawach pacjentów: kwestia dostępności do świadczeń w zakresie długości oczekiwania na świadczenie. W moim odczuciu rażącym naruszeniem praw pacjenta jest konieczność oczekiwania w ramach powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego na świadczenie w stopniu zagrażającym życiu. Nie da się określić na poziomie ustawowym maksymalnej długości tego parametru, można jednak wprowadzić do takiego aktu prawnego obowiązek monitorowania i weryfikowania przez NFZ długości kolejek, oraz reagowania w sytuacji przekroczenia granic rozsądku: zwiększenia finansowania danej procedury oraz/lub skutecznego udostępnienia pacjentom informacji na temat długości oczekiwania w różnych placówkach.
Tekst niniejszy nie jest obliczony na postawienie lekarzy w złym świetle. Znam wielu porządnych medyków, którzy poważnie traktują przysięgę Hipokratesa. Kłopot stanowi natomiast nierzadko stanowisko regionalnych władz korporacji zawodowych, które jako ochronę wizerunku zawodu traktują zamiatanie pod dywan wszelkich brudów.
Tags: błędy lekarskie, Hausner, izby lekarskie, Kopacz, korporacje, Kozierkiewicz, Ministerstwo Zdrowia, NFZ, prawa pacjenta, Religa, sekurytyzacja, ubezpieczenia
You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.