Hipoteka, czyli dominium pani w czapce z lisa

Zbigniew Ćwiąkalski dostał od Donalda Tuska nieformalne polecenie, aby zniknąć z mediów, bowiem drażni elektorat… Tzw. opinia publiczna uważa fizjonomię ministra sprawiedliwości za antypatyczną (jak mniemam, w porównaniu do energicznego młodzieńczo poprzednika), a więc podjęto decyzję o wdrożeniu środków zapobiegawczych i powołaniu resortowego rzecznika prasowego, który odciąży przełożonego od wystąpień publicznych. Szkoda, że nikt nie podjął próby wyjaśnienia opinii publicznej, czym powinien zajmować się minister sprawiedliwości – mam na ten temat pewne osobiste przemyślenia.

Zbigniew Ziobro epatował nas obrazem kryminalistów i chuliganów, którzy zagrażają społeczeństwu. Temat jest nośny, rzecz jasna, pozwala w dodatku kultywować uczucie lęku przed “wrogiem”, przed którym ochronić może tylko przewodnia siła narodu. Nie zamierzam jednak poświęcać czasu socjologicznemu mechanizmowi szeroko komentowanemu w mediach, chciałbym natomiast dowieść na konkretnym przykładzie, że największym wyzwaniem stojącym przez Ministerstwem Sprawiedliwości nie jest sądownictwo karne, a cywilne i administracyjne, które siłą rzeczy dotyczy każdego z obywateli. Oraz pewien model urzędnika, który pozwolę sobie określić jako “panią w czapce z lisa”.

W 2005 r. kupiłem mieszkanie. W 2007 r. podpisałem wreszcie akt notarialny, przenoszący własność lokalu, a sierpniu tegoż roku złożyłem wniosek o ustanowienie hipoteki na rzecz kredytodawcy. Moja żona stawiła się pewnego pięknego popołudnia do Sądu Rejonowego dla Warszawy Mokotowa przy ul. Solidarności z wypełnionym wnioskiem (abstrahuję już zupełnie od tego, że niezwykle hermetyczny wniosek okazał się nieczytelny także dla osób z doświadczeniem w zakresie wniosków o finansowanie z funduszy unijnych). Biuro podawcze formalnie jest czynne do 1800, a do gmachu sądu interesanci wpuszczani są do 1745. Moja żona odstała swoje w kolejce do kasy, aby uregulować opłatę administracyjną, odstała w drugiej kolejce do biura podawczego, a wreszcie, o 1740, stanęła przed panią w czapce z lisa. Od niej usłyszała, że trzeba było przyjść wcześniej, bo personel już wychodzi. Po wskazaniu, że do końca pracy brakuje jeszcze 20 minut, urzędniczka jak niepyszna usiadła z powrotem za biurkiem i przyjęła dokumenty.

Minęły 4 miesiące… W międzyczasie dzwoniliśmy kilka razy do sądu i dowiadywaliśmy się, że sprawa jest procedowana. Wreszcie, któregoś grudniowego dnia, krótko przed Bożym Narodzeniem, odebraliśmy awizo z sądu – jak wiadomo, przesyłki sądowe są przetrzymywane na poczcie 7 dni, a listonosze rutynowo antydatują zawiadomienia, więc pozostało nam trzy dni na odebranie dokumentu. Zatarliśmy ręce w radosnym oczekiwaniu na informacje o rozpatrzeniu naszego wniosku – wpis do hipoteki bowiem wiązał się automatycznie ze zmniejszeniem oprocentowania kredytu. Po dwóch dniach pojawiłem się zatem na poczcie, gdzie czekało na mnie duże zaskoczenie: sąd informował ręką pani referent, nazwijmy ją, Gęgawy, że nie dostarczyliśmy wymaganych załączników do naszego wniosku, toteż wzywa nas do uzupełnienia braków w ciągu 7 dni pod rygorem oddalenia wniosku.

Rzecz jasna, popadłem w białą furię. Sądowi Rejonowemu dla Warszawy-Mokotowa cztery miesiące zajęło stwierdzenie, że mój wniosek jest niekompletny. Zadzwoniłem do Gęgawy w czapce z lisa. Zostałem uświadomiony, że pismo z mojego banku, popierające mój wniosek, nie zawierało numeru lokalu, więc nie może zostać zaakceptowane. Pismo z banku, poinformowałem cierpliwie moją rozmówczynię, zostało sporządzone przy podpisywaniu umowy kredytowej, gdy mieszkanie nie miało oficjalnie przyznanego adresu. Niemniej jednak zarówno dane stron postępowania, jak i powierzchnia lokalu obciążanego hipoteką, się zgadzają, w związku z czym sprawa nie powinna być problemową. Gęgawa odrzuciła moją argumentację, po czym zażądała nowego pisma z banku.

Moja żona udała się zatem do banku po nowe pismo. Pech chciał, że bank w międzyczasie zmienił właściciela, a personel w stu procentach się zmienił, więc pracowniczki banku nie miały zielonego pojęcia, czego my od nich chcemy. Odmówiły przygotowania nowego pisma. Moja żona zrobiła więc karczemną awanturę, która zadziałała – została zaprowadzona do pozbawionych okien kazamatów, gdzie grupa innych pań jadła śniadanie. Nie były chętne do współpracy, jednak rzut oka na wściekłego klienta upewnił je, że lepiej nie ryzykować konfrontacji. Zbiorowym wysiłkiem trustu mózgów w przeciągu pół godziny przygotowały nowe pismo do sądu, z którym moja żona pojechała na Solidarności.

Biuro podawcze, jak sama nazwa wskazuje, służy wyłącznie składaniu dokumentów, więc obsługująca interesantów pani w czapce z lisa nie potrafiła udzielić mojej żonie żadnej informacji. Po telefonicznej konsultacji zdecydowaliśmy, że należy złożyć pismo z banku wraz z listem przewodnim, po czym wziąć potwierdzenie, aby nie okazało się, że dokumenty posłużą komuś do podpierania kwiatka doniczkowego. Pani w czapce z lisa nie zamierzała ani udostępnić kserokopiarki, ani też potwierdzić złożenia dokumentów, ale po kolejnej awanturze ustąpiła.

Następnego dnia zadzwoniliśmy do sądu z pytaniem, czy możemy liczyć na rozpatrzenie sprawy. Do urzędniczki nasze wyjaśnienia wówczas jeszcze nie dotarły, ale pospieszyła z zapewnieniem, że od tego momentu w ciągu kilku dni wpis zostanie dokonany.

Na początku stycznia zadzwoniłem do sądu po raz kolejny. Kolejna z pań w czapce z lisa poinformowała mnie, że wpis zostanie dokonany tego samego dnia lub dnia następnego, i zaraz potem zawiadomienie zostanie do nas wysłane. Ponieważ jednak nic z sądu nie dotarło do nas w ciągu kolejnych tygodni, w ostatnich dniach stycznia zadzwoniliśmy po raz kolejny. Pani w czapce z lisa zapewniła, że wpis został dokonany zgodnie z procedurą i zawiadomienie “z pewnością zostało wysłane na początku tygodnia”. Jako, jednak, że w ciągu następnych siedmiu dni nadal nic nie dostałem, zadzwoniłem po raz kolejny i w bardzo zdecydowanych słowach zażądałem informacji. Pani w czapce z lisa poczuła się urażona, ale poinformowała mnie, że potwierdzenie zostało wystawione określonego dnia (trzy dni po moim poprzednim telefonie) i zostało wysłane. Zasugerowała też, abym wstrzymał się z odbieraniem wypisu do momentu, aż bank – i ja – nie otrzymamy informacji.

Minęły dwa tygodnie. Zawiadomienia jak nie było, tak nie było. Tym razem zadzwoniła żona. Dowiedziała się od pani w czapce z lisa, że zawiadomienie zostało przygotowane, ale – najwidoczniej przez przeoczenie – nikt go nie wysłał. Wielce skruszona urzędniczka obiecała dopilnować osobiście wysłania dokumentów nazajutrz.

Minęły dwa tygodnie. Moja żona zadzwoniła do sądu. Ta sama pani w czapce z lisa zdumiała się, że nie dostaliśmy zawiadomienia, a potem skonstatowała, że istotnie – uzyskała potwierdzenie, że informacja trafiła do banku, potwierdzenia, że wnioskodawca odebrał dokument, wciąż brakowało. Obiecała wysłać zawiadomienie ponownie. Dzisiaj wiem już, że list bądź to zaginął na poczcie, bądź to listonoszowi nie chciało się antydatować kolejnego awizo (w sprawie fałszowania daty dwukrotnie składałem uprzednio skargi na urząd pocztowy).

Bogatsi o informację, że bank otrzymał zawiadomienie o wpisie hipoteki, zdecydowaliśmy się działać – każdy kolejny miesiąc zwłoki oznaczał wyższą o kilkaset złotych miesięczną ratę kredytu. Moja żona odstała zatem swoje i odebrała wypis, a ja zaniosłem go do banku. 5 marca 2008 r. awizowano pismo z zawiadomieniem o pozytywnym rozpatrzeniu mojego wniosku o wpis do hipoteki złożonego w pierwszym tygodniu sierpnia 2007.

Podstawową tezą niniejszego tekstu jest konieczność właściwego przedstawienia priorytetów ministerstwa sprawiedliwości: kluczowym zadaniem jest rozwiązanie najbardziej palących, przyziemnych, a przez to najtrudniejszych problemów, które dotykają każdego obywatela tego kraju. Nie należą do nich ani nośne piarowsko sądy 24-godzinne, ani zaostrzanie kodeksu karnego. Bez porównania ważniejsza – dla obywateli jako osób prywatnych, ale też jako prywatnych przedsiębiorców – jest poprawa sytuacji w wydziałach cywilnych i gospodarczych. Ta bowiem w kraju – a z całą pewnością w Warszawie – jest nie do zniesienia. Panie ministrze, do boju!

wykop.pl

Explore posts in the same categories: gospodarka, państwo

Tags: , , , , , , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

One Comment on “Hipoteka, czyli dominium pani w czapce z lisa”

  1. Bluszcz Says:

    I w tym tkwi sęk, że o owe “panie w czapce z lisa” mogą rozbić się każde nawet najlepiej przygotowane sprawy, tudzież z powodu opieszałości, braku zaangażowania w pracę lub po prostu obowiązkowej kawy, która oczekującym petentom nie przysługuje dziwnym trafem losu, za to potrafi zając połowę efektywnego czasu pracy urzędniczek. W tym zaś miejscu widać rażącą niekompetencję i marnowanie środków, bowiem owe “Panie w czapce z lisa” pracujące na rzecz owych petentów, którzy je finansują ze swoich podatków i nijak nie widząc ciągu przyczynowo skutkowego, że dla ich dobra i potrzeby tam są.
    Jasne jest również, że wszyscy chcielibyśmy czuś się bezpieczni na ulicy i w naszym domu. Jednak walka z przestępczością nie okazuje się tak pięknie prosta – bowiem bezpieczeństwo nie zwiększa się od hardych min i wymachiwania zaciśniętą pięścią byłego ministra ani nie działającyh 24 godzinnych sądów. Za to ileż więcej zdrowia kosztuje niepewność o kredyt, albo bezpieczeństwo funkcjonowania gdy urzędnicy wiecznie nie działają lub popełniają rażące błędy.


Comment: