Brat swojego brata czyli polskie drogi
Wczorajszego, sławnego już, orędzia Prezydenta RP wysłuchałem w radiu po drodze do domu. Dopiero dzisiaj mogłem ocenić je w pełni po obejrzeniu clipu na YouTube. Kto powiedział, że Głowa Państwa musi być “Prezydentem wszystkich Polaków”? Nic takiego w Konstytucji nie ma. A więzy krwi są silniejsze niż jakikolwiek akt prawny czy standardy życia politycznego.
Prezydent długo milczał, odkąd Jarosław Kaczyński rozpętał polityczną awanturę wokół ratyfikacji Traktatu Reformującego. Wydawało się przez moment, że chce się odciąć od mało wiarygodnej burdy prezesa PiS, której bez przekonania bronili Tadeusz Cymański czy młody Mariusz Kamiński, już choćby z uwagi na swoją rolę w negocjacjach traktatowych. Prawo i Sprawiedliwość zapewniało nas w końcu, że Prezydent z Brukseli wrócił z tarczą, przywożąc ze sobą Janinę - był taki poseł, nazywał się Paweł Zalewski, który popadł w niełaskę i ostatecznie wyleciał z partii po próbie uzyskania od Anny Fotygi na komisji sejmowej informacji, na czym konkretnie polega sukces negocjacji.
To dzień polskiego sukcesu. (Lech Kaczyński, 13.12.2007)
Jeszcze w grudniu 2007, przy okazji podpisania Traktatu przez Premiera, Prezydent wyraził przekonanie o sukcesie osiągniętym przez polskich negocjatorów. Wówczas nie było w kraju znaczącej siły politycznej, która podważałaby dokonany wybór - z wyjątkiem lewicy, która kwestionowała wybór poczyniony przez Tuska tj. odmowę podpisania Karty Praw Podstawowych. Inną rzeczą jest, na ile deklaracje PiS były szczere - odnoszę wrażenie, że po upadku sloganu “pierwiastek albo śmierć”, Kaczyńscy mogli robić dobrą minę do złej gry nie wierząc w rzeczywistości, że osiągnęli negocjacyjny sukces.
Dzisiaj już wiemy, że lewicowy plankton miał wówczas rację. Warto przypomnieć, że Premier argumentował swoją decyzję koniecznością ustępstwa wobec PiS, co miało zagwarantować, że Sejm ratyfikuje Traktat bez problemów, a Prezydent go podpisze. Tusk się przeliczył. We wtorek Lech Kaczyński skierował do Sejmu własny projekt ustawy o ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego - z założenia kompromisowy, w praktyce uwzględniający postulaty PiS - i zagroził wetem w przypadku, gdyby z Sejmu wyszedł projekt pozbawiony preambuły. Projektu prezydenckiego nie czytałem, ale wygląda na to, że może być sprzeczny z Konstytucją - byłby to groźny precedens, bo Prezydent powinien być na dobrą sprawę gwarantem Konstytucji i ma w Kancelarii sztab ludzi pod kierownictwem Roberta Draby, którzy o konstytucyjność projektów prezydenckich powinni dbać. Chyba, że prawo nie jest dla promotorów ustawy wartością samą w sobie.
Koniec iluzji - Lech Kaczyński w sposób jednoznaczny opowiedział się po stronie absurdalnych propozycji kierownictwa PiS, odrzucając ostatecznie koncepcję prezydenta-arbitra. Od poniedziałku mamy jasną wizję prezydentury - przedłużenie Prawa i Sprawiedliwości, ostatnia enklawa partii Kaczyńskich w strukturze władzy wykonawczej, urząd kierowany emocjami, a nie rozumem, wsłuchujący się wyłącznie w postulaty żelaznego elektoratu PiS, osób postrzegających się jako ofiary transformacji ustrojowej. Ostatni w historii Polski prezydent o mentalności faktycznie postkomunistycznej.
Nie chciałbym być zrozumianym źle - do Traktatu i Karty Praw Podstawowych można się w pewnych obszarach przyczepić (typowy przykład to delegacja dla Rady UE do zmiany zapisów raz przyjętego dokumentu rozporządzeniem), i merytoryczna dyskusja, mająca na celu naświetlić jego zalety, ale i słabości, powinna się toczyć. Rzecz w tym, że tak naprawdę nikt nie jest zainteresowany edukacją społeczeństwa w tej sferze, a wolta Jarosława Kaczyńskiego ośmieszyła racjonalnych eurosceptyków, którzy mogliby chcieć włączyć się do debaty. Swoje trzy grosze dołożył Prezydent - po spocie z Niemcami dybiącymi na Ziemie Odzyskane czy nieszczęsnym małżeństwie irlandzko-amerykańskiego aktywisty ruchu gejowskiego Brendana Faya na tle nikt nie będzie chciał o Traktacie rozmawiać poważnie. Bracia Kaczyńscy swoją kompletnie niepotrzebną, szkodliwą kampanią całkowicie skompromitowali merytoryczną dyskusję. Rzecz bowiem nie w treści, a w stylu akcji - forma tzw. orędzia była dla mnie kompletnie nie do przyjęcia, była obrzydliwie łopatologicznym zabiegiem przestraszenia wyborcy, a więc otwartego zastosowania techniki, z którą PiS radzi sobie najlepiej.
Mówi się, że poniedziałkowy spot był tak naprawdę jedynie przejawem rywalizacji pomiędzy Jackiem Kurskim a spin-doktorami PiS. To, że Kurski maczał w tym palce, jest oczywiste - zostawił ślad zapachowy, bo mapa roszczeń niemieckich sprzed II wojny światowej w nagraniu aż zanadto przypomina sprawę “dziadka z Wehrmachtu”. Pati Koti elegancko zmontowała materiał w TVP i mamy powtórkę z bolszewickiej w stylu propagandy generowanej przez Prawo i Sprawiedliwość w kampanii wyborczej AD 2007. Teraz sztabowcy PiS będą śledzić sondaże opinii publicznej, na ile nowa technika spodobała się gminowi. Jeśli sygnał będzie pozytywny (na TVN24 słyszałem dzisiaj Piotra Gabryela twierdzącego, że ok. 45% badanych zaakceptowało zaproponowaną przez Kurskiego formę orędzia, choć bardzo wątpię w reprezentatywność próby, jeżeli wynik istotnie tak wygląda), Kurski zdobędzie ogromny plus w korespondencyjnej rozgrywce z Michałem Kamińskim, który traci, bo nie udaje mu się ratować pikującej w dół popularności Lecha Kaczyńskiego. Wszystko ładnie, ale zastanawiam się, czy Prezydentowi choć przez moment przyszło do głowy, jak bardzo wystawił szwank autorytet urzędu biorąc udział w poniedziałkowej operetce.
W mojej ocenie, trudno zaistniałe od czwartku zdarzenia interpretować w kategoriach politycznych. Należy je odnieść raczej do kategorii psychologicznych. Jarosław Kaczyński najwyraźniej chce zostać męczennikiem IV RP i ciągnie za sobą brata, zbyt słabego, aby przeciwstawić się jego domniemanemu magnetycznemu urokowi genialnego stratega. Lech Kaczyński nie ma szans na zwycięstwo w wyborach prezydenckich w 2010 r. i najwyraźniej chciałby zaistnieć jako Ostatni Sprawiedliwy w czasie, który mu pozostał. Nie szkodzi, że stawką gry jest interes narodowy i wizerunek kraju za granicą.
Nie takie rzeczy już przeżyliśmy, połowa kadencji Lecha Kaczyńskiego już za nami. Ale dosyć o Kaczyńskich - następnym razem krytyka rządu.
Tags: bastion, clip, homofobia, Kaczyński, Konstytucja, ksenofobia, Kurski, orędzie, paranoja, populizm, postkomunizm, spot, Traktat Lizboński
You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.
marzec 19, 2008 at 2:48 pm
Hm. A jednak po szumnych zapowiedziach, Kaczor postąpił klasycznie. Niestety nie zaskakująco. Zamiast orędzia piękny PISowski spot wyborczy, manipulacja informacją i nasze drżące serca na myśl o tym jak okrutnie obejdzie się z nami UE jeśli podpiszemy traktat w Nie-PISowskiej wersji. Orędzie w sam raz aby umieścić je między reklamą jedynego słusznego oleju do smażenia, a tabletkom przeciw wzdęciom..