Motyw dorsza w polityce, albo trzeszczenie pod dywanem

W ubiegłym tygodniu tygodniu do opinii publicznej dotarły dwie, krańcowo odmienne w swojej wymowie, informacje, które w mojej ocenie sygnalizują nadchodzący koniec miesiąca miodowego rządu Tuska: raport Pitery o wydatkach ministrów PiS realizowanych służbowymi kartami kredytowymi oraz dymisja Stanisława Gomułki.

Julia Pitera zniknęła na kilka tygodni z mediów: wydawało się, że po kompromitacji z raportem o CBA premier zdecydował się trzymać ją krócej. Okazało się, że powód był inny – minister Pitera mianowicie pracowała nad raportem o wydatkach byłych ministrów ze służbowych kart kredytowych, które przez dwa lata sięgnęły 1,4 mln PLN. Pani minister zaprezentowała na konferencji prasowej wybór najciekawszych operacji, wśród których poczesne miejsce zajmował zakup za 8 PLN przez Marka Gróbarczyka, ministra gospodarki morskiej, 60 dag dorsza w celu “kontroli gatunku i kontroli jakości”.

Dorsz istotnie mnie ubawił, ale co z tej tytanicznej pracy Pitery wynika? Kompletnie nic. 1,4 mln w skali dwóch lat, to 65 tys. miesięcznie, co rozkłada się, jak rozumiem, na wszystkie resorty z wyjątkiem MPiPS oraz MEN, gdzie kart nie było. To ułamek budżetów urzędów centralnych, a wydatki typu Dorsza Gróbarczyka są, jak mniemam, wyjątkiem raczej, niż zasadą. Jest bowiem w pewnych sytuacjach uzasadnione, żeby np. minister zapłacił za obiad w ramach wykonywania obowiązków służbowych. Wyobraźmy sobie sytuację, że na międzynarodowej konferencji, powiedzmy, w Paryżu, do ministra gospodarki podchodzi prezes globalnej korporacji i pyta o warunki, jakie państwo może stworzyć jego firmie w razie zainwestowania w Polsce. Czy ów minister ma dać sobie postawić obiad, czy może płacić prywatnymi pieniędzmi?

Krótko mówiąc, raport Pitery uważam za bicie piany. I bulwersuje mnie nie, zabawny raczej, przykład dorsza za 8 PLN, a raczej finansowanie przez podatników etatu podsekretarza stanu w KPRM, który cale tygodnie poświęca pracy, którą mógłby wykonywać z powodzeniem absolwent ekonomii. Nie taka jest rola ministra, na Boga.

Drugim spektakularnym wydarzeniem była ubiegłośrodowa dymisja wiceministra finansów. Stanisław Gomułka to jeden z kilku zaledwie rozpoznawanych na świecie polskich ekonomistów, dlatego jego powołanie w styczniu odebrałem jako znaczne wzmocnienie merytorycznego zaplecza rządu. Tym samym jego odejście jest ciosem dla Donalda Tuska. Gomułka liczył, że zostanie pełnomocnikiem rządu ds. reformy finansów publicznych, ale przeliczył się. Jest prawdą, ze niektóre koncepcje ekonomiczne natrafiają na ogromny opór w obliczu ich możliwego wdrożenia – nie wiem, na ile profesor, nie będąc politykiem, zdawał sobie z tego sprawę. Jednak jego zarzut, że premierowi nie zależy na kompleksowej reformie, brzmi poważnie, niezależnie od niezbyt dobrego stylu dymisji. Kompetencje Gomułki przejęła minister Elżbieta Suchocka-Roguska, kręgosłup Ministerstwa Finansów, pracująca nad zagadnieniami budżetowymi w resorcie bez przerwy od 1989 r.

Dziś wiemy trochę więcej, niż w dniu rezygnacji Gomułki. Prasa ujawnia, że minister był zwolennikiem naprawy sytuacji w ochronie zdrowia metodami rewolucyjnymi: poprzez dopuszczenie do upadku zadłużonych szpitali. Ile w tym prawdy, nie wiadomo, jeśli jednak rzeczywiście o to poszło, to znaczy, że liberalnej rewolucji za tej kadencji na pewno nie będzie, a kolejny rząd, i tak raczej administrujący, niż rządzący, pogrąża sie w imposybiliźmie. Profesora Gomułki szkoda, choć być może nie nadawał się do gry w zespole, jednak jego dymisje widzę w szerszej perspektywie: jako przejaw zjawiska ciążenia gabinetu Donalda Tuska w kierunku unikania trudnych tematów.

Papierkiem lakmusowym będzie zapowiadana na sierpień roszada ministrów: jeśli polecą ludzie, którzy odważyli się realizować własne koncepcje, smutna ta teza znajdzie swoje potwierdzenie.

Istnieje takie pojęcie dotyczące rynku mediów, jak inkluzja. W skrócie polega to zjawisko na wypieraniu treści bardziej ambitnych kontentem skrajnie banalnym, w celu włączenia do grupy odbiorców jak najszerszych mas społeczeństwa – znakomitym przykładem jest Polsat, biorąc pod uwagę chłam, jaki serwuje oraz wyniki oglądalności. Wygląda na to, że odpowiednikiem inkluzji medialnej jest „polityka miłości” Donalda Tuska, zmierzająca do pozyskania jak najszerszej bazy elektoratu za cenę wypierania kontrowersyjnych punktów programu. Tyle, że długo w ten sposób rządzić nie można – słychać już trzeszczenie niespójności i wewnętrzne napięcia.

wykop.pl

Explore posts in the same categories: PO, państwo, rząd

Tags: , , , , , , , , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

Comment: