Demokracja w akcji
Nie piszę o prawyborach w USA, bo zajmuje się tym bardzo solidny Biały Domek. Jednak nie mogę nie zauważyć, że dobiega końca wyścig o nominację Partii Demokratycznej, a pozostałe jeszcze trzy – jeśli mnie pamięć nie myli – głosowania nic nie mogą zmienić.
Od miesięcy obserwujemy fantastyczny spektakl, który najpewniej przesądzi, kto na początku 2009 r. zasiądzie w Owalnym Gabinecie. Moja żona jest zirytowana powtarzającymi się obrazami ze spotkań kandydatów z wyborcami, ale dla mnie jest to ucieleśnienie idei demokracji w praktyce. I cóż z tego, że pozostali jeszcze w ringu kandydaci posługują się populistyczną retoryką? Polityka tak wygląda na całym świecie, a warto pamiętać, że nigdzie obietnice składane w trakcie kampanii wyborczej nie są dla składających wiążące – odpowiadają oni wyłącznie przed swoimi wyborcami podczas kolejnej rundy. To niezwykłe, że w tak wielkim kraju wciąż pojedynczy wyborcy w sposób rzeczywisty decydują o wyborze swojego kandydata – czy ktoś potrafi sobie wyobrazić, że przed wyborami prezydenckimi w 2010 r. Donald Tusk, Bogdan Zdrojewski i Radek Sikorski objeżdżają wszystkie okręgi i walczą o nominację wyborców Platformy w Gorzowie?
Kampania w USA przynosi dość zaskakujące rozstrzygnięcia. Jeszcze rok temu, gdy rozmawiałem ze znajomym amerykańskim Republikaninem (z nurtu Reaganites), wyrażał się on o Obamie z dużym szacunkiem, jako wschodzącej gwieździe sceny politycznej, która w następnej dekadzie powinna rozbłysnąć pełnym blaskiem. Wątpił on zarazem, aby senator z Illinois mógł odegrać pierwszoplanową rolę w wyborach AD2008 – pozycja Hillary Rodham Clinton w Partii Demokratycznej wydawała się niepodważalna. Tymczasem 21 maja br. Barack Obama na spotkaniu w Des Moines, IA oświadczył, nieoficjalnie na razie, że zgromadził już wystarczającą ilość głosów delegatów i superdelegatów, aby zapewnić sobie nominację. Kto mógł się tego spodziewać jeszcze rok temu?
Niebagatelną rolę odegrała w tym sama Hillary. Amerykanie niezbyt chętnie widzieliby sekwencję prezydentów Bush-Clinton-Bush-Clinton, zwłaszcza, że HRC ma trudności w zjednywaniu sobie ludzi. Przy całym zrozumieniu dla jej doświadczenia, nie budzi sympatii jej sztuczny, drewniany sposób bycia (choć trzeba jej przyznać, że zrobiła ogromny postęp od rozpoczęcia kampanii), nachalna początkowo postawa Billa, czy pewność siebie. Co ciekawe, wydaje się, że program HRC zawiera najwięcej konkretów spośród postulatów wszystkich walczących jeszcze kandydatów – tyle, że np. jej pomysł reformy ubezpieczenia zdrowotnego nie znalazł uznania Amerykanów, z podobnego powodu, dla którego buntują się oni przeciwko konieczności posiadania jakiegokolwiek dokumentu potwierdzającego tożsamość… Przyznaję, nie lubię Hillary, i uważam, że właśnie jej organiczna niezdolność do wzbudzenia do siebie sympatii jest głównym powodem, dla którego nie ma ona szans na uzyskanie nominacji.
W The Economist znalazłem ostatnio urocze porównanie pani Clinton do bohatera kreskówki, który wisi już nad przepaścią, ale – nieświadomy tego – ciągle jeszcze przebiera nogami. Dopiero, gdy dotrze do niego, gdzie jest, włączy się siła grawitacji. Coś w tym jest, chociaż analogię komplikuje sondaż przeprowadzony wśród wyborców Dems, którzy najwyraźniej oczekują, że HRC i Obama rywalizować i docierać powinni się do ostatniego stanu, prawdopodobnie pod kątem możliwej współpracy w ramach tandemu prezydent-wiceprezydent, nawet biorąc pod uwagę iluzoryczne już szanse pani Clinton. Warto zanotować, że temperatura wzajemnych ataków kandydatów Demokratów opadła, bowiem zdali sobie oni szansę, że w ten sposób mogą pogrzebać swoje szanse w nadchodzącym starciu z McCainem. 23 maja przeczytałem na www.politico.com, że strategia wyjścia Hillary z wyścigu jest już opracowywana. Ostatnio pani Clinton zadeklarowała, że to w czerwcu jej mąż został wybrany na kandydata Partii Demokratycznej w 1992 r., i w czerwcu 1968 r. Robert Kennedy został zamordowany w trakcie kampanii prezydenckiej – stąd, w domyśle, nie ma powodu, aby przesądzać cokolwiek wcześniej. Wygląda na to, że w czerwcu 2008 r. HRC wycofa się z kampanii.
Mam natomiast mocno mieszane uczucia co do Baracka Obamy, który z czarnego konia prawyborów stał się żelaznym faworytem do stanowiska 44. prezydenta Stanów Zjednoczonych (a imię jego czterdzieści i cztery?). Obama jest niewątpliwie wspaniałym mówcą, który potrafi porwać tłumy – zawsze, kiedy go słucham, podziwiam jego kapitalną umiejętność sterowania nastrojem słuchaczy. Jest to jego mocna strona, podobnie jak jego konsensualne stanowisko w sprawach rasowych (Obama określany jest jako “post-racial candidate”). Daje mu to nie tylko mocną pozycję wśród czarnego elektoratu (o co musiał początkowo walczyć), ale i intelektualnego zaplecza Partii Demokratycznej. Superdelegaci, początkowi przychylni Hillary dzięki wpływom środowiska Clintonów, gremialnie namawiają ją do rezygnacji na rzecz Obamy i ograniczeniu szkód wywoływanych pojedynkiem kontrkandydatów. Problemem są jedynie “niebieskie kołnierzyki”, inna grupa tworząca tradycyjny elektorat Demokratów, zwyczajowo licząca na aktywny udział państwa w rozwiązywaniu problemów krajowych – ich elitarystyczny wizerunek senatora z Illinois zupełnie nie przekonuje, gotowi są wręcz zrobić paskudny dowcip i zostać w dniu jesiennych wyborów w domach. Jest to paradoks, bowiem Obama w przededniu kampanii wydawał się najbardziej lewicowym spośród pretendentów do Owalnego Gabinetu, wpisując się ze swoimi postulatami obostrzeń polityki celnej USA w najbardziej szkodliwe nurty antyglobalistyczne. W trakcie kampanii jego platforma programowa całkowicie się rozmyła, pozostawiając po sobie jedynie skrajnie populistyczne hasło ZMIANA. To równie dobre słowo-klucz, jak IV RP, czy Układ, bowiem może oznaczać dokładnie wszystko – w tym konkretnym wypadku, zerwanie z rządami waszyngtońskiego establishmentu. W razie potrzeby, zakres znaczeniowy można poszerzyć.
Dla wyborców amerykańskich, zmęczonych Georgem W. Bushem, neo-konami, przedłużającymi się interwencjami wojskowymi w Iraku i Afganistanie, a także przerażonych załamaniem na rynku kredytów hipotecznych oraz bijącą rekordy ceną ropy, ZMIANA jest pożądana – wszystko jedno jaka. Obama zapowiada obronę obywateli przed drapieżnymi koncernami i piętnuje lobbystów, nie przyjmując od nich datków finansowych – oczywiście czym innym są datki od ich żon, nie widać też przeszkód, aby udzielali się oni w kampanii jako doradcy społeczni. Obama spotyka się z zarzutami o intelektualnym elitaryzmie, które próbuje zdyskredytować – zatem nadal to, że o najwyższe stanowisko w państwie udziela się intelektualista, jest widziane źle. Senator przypomina, że jeszcze kilka lat temu nie mógł dostać się na kongres swojej partii, ponieważ nikt go nie znał, co ma być argumentem na rzecz jego zerwania z establishmentem. Faktem jest, że Obama jest młody – 4 sierpnia skończy 47 lat – ale w tym samym wieku o nominację ubiegał się inny outsider… William Clinton.
Obama jest absolwentem Columbii – bastionu myśli lewicowej wśród uczelni Ivy League – oraz Harvardu, który ukończył z celującym wynikiem. Dał się tam zresztą poznać z jednej strony jako aktywny i błyskotliwy student, a z drugiej jako osoba o bardzo zdecydowanych poglądach. Współpracował z licznymi organizacjami społecznymi, co niewątpliwie w znacznej mierze ukształtowało jego lewicową wrażliwość, natomiast na otwartość na inne kultury musiało wpłynąć wielorasowe społeczeństwo w jakim się wychowywał, tak na Hawajach, jak i w Indonezji, a także potem w Chicago. Jeśli od czasów Columbii Obama odszedł od młodzieńczego radykalizmu, wszystkie te doświadczenia mogą być pomocne w rozumieniu świata, jeśli zostanie prezydentem – o ile dobierze sobie rutynowanych, kompetentnych współpracowników z establishmentu, który tak odsądza z czci i wiary. Obama byłby prezydentem precedensowym z wielu powodów – nie tylko z tytułu koloru skóry, ale i swoje skomplikowane pochodzenie. Największym problemem związanym z Obamą jest to, że to wybór kota w worku: w rzeczywistości bardzo niewiele można powiedzieć o jego poglądach, więc w razie jego (prawdopodobnego) wyboru będziemy mieli do czynienia z rozpoznaniem bojem. Drugim, mniejszym źródłem kłopotów dla senatora z Illinois może być ktoś mu bliski, i nie mam na myśli Jeremiaha Wrighta, a własną żonę. Trudno ocenić, czy wynika to z własnej ambicji, czy z temperamentu Michelle Obama, ale to ona już kilkukrotnie zmusiła męża do tłumaczenia się w mediach z jej słów.
A rywalem senatora z Illinois będzie jesienią John McCain – totalna antyteza Obamy. Senator z Arizony to klasyczny WASP. 71 lat, długa kariera wojskowa, chlubna karta zapisana w wietnamskiej niewoli – odmowa współpracy z Vietcongiem pomimo tortur, a następnie ćwierćwiecze kariery politycznej: trudno znaleźć kogoś mocniej związanego z waszyngtońskim establishmentem. W 2000 r. ubiegał się bez powodzenia o nominację republikańską, ale udało mu się dopiero w 2008 r., choć z początku wydawał się przebrzmiałą nutą i zmagał się z problemami z pozyskaniem finansowania dla swojej kampanii. Ostatecznie, dla wyborców republikańskich McCain okazał się być bardziej przyswajalny od Giulianiego, wokół którego atmosfera zrobiła się gęsta, mormona Romneya, kaznodziei Huckabee’ego i leniwego Thompsona, i to pomimo niechęci skrajnie konserwatywnego skrzydła partii. Siedemdziesięciolatek bez wytchnienia jeździł po całych Stanach i rozkręcał się w miarę trwania kampanii: był coraz pewniejszy, coraz lepiej nawiązywał kontakt z publicznością – choć wciąż do demokratycznego kontrkandydata mu daleko. Aby zneutralizować zarzut związany z jego wiekiem, wykorzystał w kampanii dziewięćdziesięcioletnią matkę Robertę, co okazało się równie skuteczne, co groteskowe.
McCain jest typowym maverickiem, partyjnym nonkonformistą, który wielokrotnie sprzeciwiał się głównej linii GOP. Podczas swej wieloletniej obecności w Senacie był m.in. członkiem Komisji ds. Handlu, pracował ramię w ramię z Demokratami nad reformą finansowania partii zmierzającą do ograniczenia wpływu korporacji nad kampanie, a także nad ustawą przenoszącą na koncerny tytoniowe koszty społeczne leczenia nikotynizmu i chorób pochodnych. Doświadczeniem w zakresie pracy legislacyjnej, a także współpracy z opozycją McCain przerasta swoich demokratycznych kontrkandydatów niepomiernie, co jest o tyle istotne, że nowy prezydent będzie musiał współpracować z demokratyczną większością tak w Izbie Reprezentantów, jak i w Senacie. Senator z Arizony ma cały bagaż cech, które przemawiają przeciwko niemu: jest wiekowy, leczył się na raka, łatwo puszczają mu nerwy, traci cierpliwość, w dodatku jego poglądy denerwują własny żelazny elektorat. Jednak mimo tego, wywalczył nominację republikańską. Czy to wystarczy na Obamę? Możliwe, choć wątpliwe. Republikanie tracą mandaty w całych Stanach – ostatnio kandydat demokratyczny odbił im miejsce w Mississippi – stąd szansy dla McCaina można upatrywać jedynie w wyborcach centrowych, którym z różnych powodów nie będzie odpowiadać (prawdopodobnie) Obama.
Wydaje się, że dla świata rozstrzygnięcie starcia między McCainem a Obamą nie robi wielkiej różnicy. Polityka amerykańska zasadniczo się nie zmieni: Obama będzie zapewne miększy w konfliktach międzynarodowych i trochę szybciej wycofa wojska amerykańskie z Iraku. Obaj postulują włączenie Stanów Zjednoczonych w walkę ze zmianami klimatu. McCain lepiej rozumie handel międzynarodowy, choć z współczesnymi problemami gospodarczymi jest tak samo na bakier jak Obama, czego dowodzi populistyczny pomysł zniesienia na okres wakacji podatku paliwowego w Stanach Zjednoczonych. Być może administracja McCaina działała by sprawniej w pierwszym okresie urzędowania ze względu na doświadczenie proceduralne senatora z Arizony – lecz na późniejszym etapie różnice te by zanikły. Z mojego punktu widzenia proces wyborczy w USA to wielki, spektakularny spektakl, odzwierciedlający jak wygląda demokracja bezpośrednia w praktyce.
Tags: 2008, Biały Dom, Clinton, demokracja, kampania, McCain, Obama, populizm, USA, wybory, zmiana
You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.