Parytet, czyli punkty za pochodzenie

Właściwie począwszy od Kongresu Kobiet toczy się w kraju dyskusja o wprowadzeniu parytetu płci na listach wyborczych. Moja pierwsza reakcją była radość, że oto otwiera się droga, którą pójdą także inne grupy, jak homoseksualiści, albinosi czy łysi. Druga refleksja była już bardziej stonowana.

Co mnie zaskoczyło, to fakt, że zwolennikami parytetu były niekoniecznie czołowe polskie feministki, ale niektórzy mężczyźni, chyba w dążeniu do bycia bardziej papieskimi, niż sam papież – szczególnie zapamiętałem pewną tyradę w Tok FM, w której Roman Kurkiewicz odsądzał od czci i wiary wypowiedź (skądinąd nad wyraz marnej w swojej roli) Elżbiety Radziszewskiej, która zadeklarowała, że nie parytet jest rozwiązaniem problemu, a działania edukacyjne na rzecz zrównania traktowania kobiet i mężczyzn. Cały problem w tym, że mam wątpliwości, czy z punktu widzenia samych kobiet parytet jest korzystnym rozwiązaniem.

Na pierwszy rzut oka parytet na listach partyjnych przypomina mi preferencje dla Aborygenów i autochtonicznej ludności Cieśniny Torresa w Australii, w ramach rekompensaty za doznane krzywdy i poprawy standardu życia mniejszości. Przypomina mi to też wyodrębnione pule dla kolorowych na amerykańskich uniwersytetach i punkty za pochodzenie na uniwersytetach peerelowskich.

Czy kobiety są mniejszością, wymagającą ochrony ze strony państwa? Ja bym tak sprawy nie postawił.

Zgadzam się, że kobiet w polityce jest mało. Trochę wynika to z tzw. szklanego sufitu. Trochę – z tradycji, definiującej politykę jako zajęcie dla mężczyzn. Przede wszystkim jednak jest ich mało dlatego, że polityka kobiety in gremio brzydzi, odpycha i nie interesuje. Przeszukałem na szybko internet pod kątem dostępnych badań – jest trochę opracowań na ten temat np. prof. Renaty Siemiańskiej, ale odnoszę wrażenie, że nie zadaje ona pytań, które mnie tu najbardziej interesują. Pewien pogląd daje badanie TNS OBOP z 2003 r. Obrazuje ono, że stosunek liczby badanych zainteresowanych (odpowiedzi: “Bardzo się interesuję” i “Raczej się interesuję”) i niezainteresowanych polityką kształtuje się jak 53:47 w przypadku mężczyzn oraz jak 42:58 w przypadku kobiet. Badanie ma już 6 lat, ale jestem przekonany, że obok generalnego spadku zainteresowania wśród obu płci, niewiele się zmieniło. Wyniki OBOPu wskazują na to, że statystycznie o 26% (+/- odchylenie standardowe) więcej mężczyzn jest zainteresowanych polityką. Przy uproszczonym założeniu, że zainteresowanie w równym stopniu przekłada się na chęć aktywnego uczestnictwa, wprowadzenie 50% parytetu na listach automatycznie dyskryminuje mężczyzn.

Chciałem tutaj podkreślić, że nie jestem przeciwnikiem aktywności politycznej kobiet – wręcz przeciwnie – lecz bezmyślnego przeregulowywania każdej sfery życia codziennego. To fakt, że kobiety są zbyt słabo reprezentowane w polskiej polityce – ale z drugiej strony niewiele lepiej jest także na poziomie ogólnoeuropejskim: w nowym Parlamencie Europejskim kobiety stanowią 35% deputowanych. W tym sencie wyjątkiem są tylko kraje skandynawskie. Ale nie w tym rzecz – wydaje mi się, że aktywność powinna być ukierunkowana nie na przeforsowanie kolejnej regulacji administracyjnej, a na przemyślane, sensowne akcje edukacyjne organizowane wspólnie przez rząd (i to tu wymagana jest bardziej aktywna rola minister Radziszewskiej), NGOsy i – być może – Kościół. Droga administracyjna to pójście na skróty, które w rzeczywistości nie rozwiązuje zasadniczego problemu, jakim jest mała aktywność społeczna kobiet i zakorzenione głęboko traktowanie ich jako obywateli drugiej kategorii. Podoba mi się taka inicjatywa, jak Partia Kobiet, choć podobnie jak Partii Piratów, jako skupiającej się na jednym – choć ważnym – aspekcie naszego życia, nie wróżę jej sukcesu. Nie podoba mi się koncepcja przymusowego podziału miejsc na listach w stosunku 50/50.

Paradoksalnie, nie odrzucałbym całkowicie idei parytetu. Warto byłoby zainicjować w ramach akcji edukacyjnej dyskusję na temat zmiany ordynacji wyborczej w ten sposób, aby zapewnić minimalny poziom partycypacji każdej z płci. Czym innym jest jednak gorączkowe poszukiwanie kandydatek do zapchania 50% miejsc na listach, czym innym konieczność wprowadzenia na każdą z list minimum 20% kandydatów reprezentujących każdą z płci. W każdej niepatologicznej formacji politycznej znajdzie się wystarczająca liczba kobiet i mężczyzn, aby taką liczbę zapewnić, więc nie spowoduje to problemów z tworzeniem list, a samo zastosowanie takiego narzędzia przyczyniło by się w dużym stopniu do nagłośnienia zagadnienia partycypacji kobiet w życiu publicznym.

Znam trochę kobiet, które osiągnęły wysokie stanowiska w biznesie i polityce. One na pomysł parytetu się obruszają, bowiem to, że osiągnęły swoją pozycję wyłącznie dzięki swoim walorom i pracy jest dla nich źródłem satysfakcji. Faktem jest, że zazwyczaj są to bardzo silne kobiety, od których nasza rzeczywistość wymagała znacznie więcej wysiłku, pracy, determinacji, charakteru i, nierzadko, bezwzględności, aby osiągnąć sukces porównywalny z mężczyznami. Problem zatem jest realny – jak zawsze chodzi tylko o to, by przy jego rozwiązywaniu nie wylać dziecka z kąpielą.

Explore posts in the same categories: państwo, społeczeństwo

Tags: , , , , , , , , , , , ,

You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.

Comment: