Państwowy Monopol Opiumowy
Połowę lipca spędziłem na wakacjach, ale starałem się śledzić na bieżąco krajową prasę codzienną. Nie uszedł mojej uwadze najważniejszy wakacyjny temat Gazety Wyborczej – depenalizacja miękkich narkotyków. W gruncie rzeczy jest to deklaracja ideowa, znacznie wykraczająca poza sam temat narkomanii – aż w domenę debaty o roli państwa.
Jakieś 5 lat temu, za czasów Marka Balickiego w Ministerstwie Zdrowia, sam zajmowałem się tematem depenalizacji miękkich narkotyków, jednak ze stanowiska przeciwnego, niż zajmowane przez Gazetę (i Balickiego również, jeśli chodzi o światopogląd). Dzisiaj słucham argumentów zwolenników depenalizacji – w tym jednego z moich współpracowników, wychowanego w Stanach Zjednoczonych, i dochodzę do wniosku, że – podobnie jak w przypadku tematu aborcji – niemożliwe jest wypracowanie kompromisu w sytuacji fundamentalnego braku porozumienia co do samych ram dyskusji.
Główny argument zwolenników depenalizacji posiadania małych ilości miękkich narkotyków na własny użytek jest taki, że w obecnej sytuacji, gdy za posiadanie nawet minimalnych ilości marihuany grozi kara więzienia, za kratkami lądują niewinni młodzi ludzie, którzy okazali się po prostu na tyle nieudolni, żeby dać się złapać. Rzecznicy liberalizacji prawa wskazują na statystyki, z których wynika, że w 2007 r. zapadło ok. 800 wyroków skazujących za handel i ok. 14000 – za posiadanie.
Coś jest na rzeczy, ale niezupełnie to, co w dowodzonej tezie. Każdy zna przypadek Ala Capone. W odniesieniu do narkotyków sytuacja jest podobna – nieskończenie trudniej, niż posiadanie narkotyków, jest udowodnić handel nimi. Policja i prokuratura mają poważne trudności ze zgromadzeniem materiału dowodowego, jak ładni mówi minister Czuma. W tej sytuacji o wiele łatwiej jest wnioskować o karę z tytułu posiadania, niż obrotu środkami odurzającymi – w tej sytuacji wystarczy udowodnić, że delikwent miał przy sobie działkę… Sądy mogą odstąpić od wymierzenia kary ze względu na niską szkodliwość społeczną czynu, bądź orzekać kary w zawieszeniu – i tak, zgodnie z moją wiedzą (choć przyznam, że dawno nie uzupełnianą), się zwykle dzieje. Nie znam oczywiście struktury owych 14 tysięcy wyroków skazujących za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków na własny użytek, jednak jestem gotów się założyć, że zdecydowana większość z nich orzekana jest w zawieszeniu, aby konsument poważnie się na przyszłość zastanowił, zanim sięgnie po nielegalne substancje, albo też dotyczy osób, których organy ścigania uważają za handlarzy, ale nie potrafią zgromadzić materiału dowodowego. Niewątpliwie w tej grupie znajduje się jakaś populacja uzależnionych nie parających się handlem, lub eksperymentującej ze środkami odurzającymi młodzieży, która znalazła się w niewłaściwym miejscy i czasie. Niestety, jest skutkiem ubocznym penalizacji posiadania ryzyko nałożenia sankcji karnych na osoby niewinne – dokładnie tak, jak w przypadku każdego innego przestępstwa. Jednak tutaj właśnie pojawia się fundamentalne pytanie o rolę państwa.
W akcji na rzecz dekryminalizacji posiadania narkotyków aktywnie uczestniczy środowisko Krytyki Politycznej. Na ich witrynie pojawił się m.in. bardzo ciekawy tekst Mateusza Klinowskiego opublikowany w periodyku branżowym Prokuratura i prawo, dotyczący relacji pomiędzy penalizacją posiadania narkotyków a konstytucyjną zasadą proporcjonalności. Jest to interesujący esej wyjaśniający stanowisko zwolenników liberalizacji przepisów w kontekście ustrojowym. W niektórych punktach (skutki uboczne, porażka organów ścigania w realizacji celów polityki karnej) podzielam poglądy autora, natomiast fundamentalnie nie zgadzam się z jego założeniami. Pozwolę sobie zacytować fragment w/w opracowania:
(…) Wspomniałem już, że deklarowanym celem penalizacji posiadania była walka z handlem narkotykami. Eksperci są zgodni, że właściwie jedynym [wytłuszczenie moje - pw] pozytywnym skutkiem karalności posiadania była likwidacja sprzedaży ulicznej. Koszty tego (…) są jednak ogromne i trudno mówić tutaj o jakimś większym sukcesie. Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że skuteczny sposób ograniczenia nielegalnego obrotu zakazanymi artykułami konsumpcyjnymi stanowi jego legalizacja. Lecz w Polsce nie ma i długo nie będzie odpowiedniego klimatu politycznego do przeprowadzenia tak daleko idących korekt polityki antynarkotykowej.
Cóż mogę dodać? Chwała Bogu, że nie ma.
Po kolei: jeżeli ceną za likwidację ulicznej sprzedaży narkotyków jest ryzyko, że policjant naruszy moje prawo do własnej kieszeni, jak pisze dr Klinowski, pod pretekstem, że podejrzewa u mnie posiadanie środków odurzających, to ja jestem gotów taką cenę zapłacić, żeby nie oglądać dilerów kręcących się na ulicy w pobliżu szkół. Niestety, przy odmiennie ustawionym systemie wartości liberałów i konserwatystów dyskusja jest podobna jak pomiędzy obozami nacjonalistów i europejskich federalistów, tj. jedna strona może rozumieć argumenty drugiej, ale priorytety obu stron się rozjeżdżają.
Dalej dr Klinowski odmawia prawa do podważania tezy, że skutecznym sposobem ograniczenia nielegalnego obrotu artykułami konsumpcyjnymi jest legalizacja tego obrotu. Coś w tym jest, bo jeżeli coś nielegalnego staje się legalne, to znika nam w warstwie formalnej pewien problem – co nie oznacza, że znika on faktycznie. Po pierwsze, autor przechodzi do porządku dziennego nad tym, że tzw. miękkie narkotyki są normalnym artykułem konsumpcyjnym. Jeżeli bowiem zakłada się, że w zasadzie wszystko może stać się artykułem konsumpcyjinym – alkohol, papierosy, narkotyki, broń itd. – to rzeczywiście państwo nie ma w tym kontekście żadnych uprawnień, aby stosować sankcje wobec konsumentów. Wówczas przyjmujemy też drugie założenie, mianowicie, że konsumenci postępują racjonalnie i powinni wiedzieć, co dla nich właściwie, a zatem nie powinni uciekać się do takich działań, które mogą przynieść im uszczerbek na zdrowiu czy majątku, a wręcz przeciwnie, dążyć do maksymalizacji swojego dobrobytu.
Niestety, osobiście się z tymi założeniami nie zgadzam. Tak jak ekonomia nie jest nauką ścisłą, tak konsument nie zachowuje się w pełni racjonalnie i potrafi ze zdumiewającą determinacją dążyć do autodestrukcji oraz wprowadzenia zamętu w życie innych współobywateli, aby nie wspomnieć o członkach własnej rodziny. Dlatego ja osobiście uważam, że rolą państwa jest decydowanie, jakie zachowania powinny być karane ze względu na ich negatywne skutki społeczne. Państwo oczywiście nie powinno nadużywać tego prawa, jednak musi być gwarantem, że wolnościom jednostki towarzyszy odpowiedzialność za wykorzystywanie tych wolności. Jeżeli zatem jednostka wykorzystuje “prawo do własnej kieszeni” do przetrzymywania w niej artykułów, które mogą przynieść szkody społeczne (np. koszt leczenia uzależnień, czy koszty społeczne, jakie niesie przestępczość uzależnionych), to uważam, że prawa tego nadużywa i jest rolą państwa, aby ową jednostkę za to ukarać.
Dr Klinowski postuluje depenalizację posiadania narkotyków na własnych użytek i wprowadzenie w zamian za to – w celu zapobieżeniu ponownemu rozkwitowi handlu ulicznego, czego możliwość przewiduje, co świadczy generalnie na jego korzyść – “w analogii do alkoholu, czynu zabronionego polegającego na publicznym zażywaniu narkotyków”. Widzę oczyma duszy mojej wiaty przystankowe pogrążone w słodkich oparach trawy przez ludzi równie pilnie przestrzegających zakazu publicznego zażywania narkotyków, jak dziś przestrzegany jest zakaz palenia w przestrzeni publicznej. Abstrahuję tu już od, niewłaściwego moim zdaniem, porównania używek jakimi są alkohol i miękki narkotyki, choćby z uwagi na medyczne skutki stosowania obu.
Jak zatem zwolennicy liberalizacji ustawy o przeciwdziałania narkomanii wyobrażają sobie implikację depenalizacji posiadania? W specjalnej zakładce na witrynie Gazety Wyborczej (“Narkopolacy”) pojawiają się takie głosy, jak nadzór państwa nad legalnym obrotem substancjami odurzającymi. Nie wierzę, tak ze względów historycznych, organizacyjnych, jak etycznych, aby model “Państwowego Monopolu Opiumowego” się sprawdził. Dla mnie byłby to symbol dalszej erozji funkcji państwa.
Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć pojęcie, jakie w Polsce spopularyzowali Jerzy Hausner i Mirosława Marody, “miękkiego państwa”, czyli takiego, które ma niewielką zdolność wypełniania swoich niezbywalnych funkcji, a z drugiej strony przejawia skłonność do przejmowania zadań, które przynależą obywatelom. Od lat postępuje proces zmiękczania państwa i wzmacniania władzy korporacji (i bynajmniej nie mam tu na myśli jedynie biznesu, wręcz przeciwnie). Niedobrze byłoby, gdyby następnym krokiem była rezygnacja państwa z prowadzenia polityki karnej. Problem, jaki mamy w Polsce, to bezgraniczna wiara w moc paragrafu – w praktyce usprawnienie działań na poziomie technicznym przynosi daleko większe skutki niż rewolucja w ustawodawstwie.
Na koniec dodam, że nie wykluczam uznania zasadności dekryminalizacji posiadania małej ilości narkotyków dla uzależnionych. Jednak aby tak się stało, musiałbym zostać przekonany, że 1) nie spowoduje to nasilenia zjawiska handlu narkotykami, 2) równolegle usprawniony zostanie system leczenia uzależnień oraz monitorowania uzależnionych oraz 3) krok ten nie będzie przysłowiową stopą w drzwi, która pociągnie za sobą dalsze żądania ze strony zwolenników liberalizacji prawa.
Explore posts in the same categories: lewica, państwo, społeczeństwoTagi: alkohol, dekryminalizacja, depenalizacja, konserwatyzm, Konstytucja, liberalizacja, liberalizm, narkotyki, prasa, prawa, uzależnienia, wolność
You can comment below, or link to this permanent URL from your own site.
Grudzień 7, 2009 @ 7:55 pm
Witam, ja trochę nie na temat. Ale znalazłam pański komentarz przy artykule na temat podziemnego zgazowania węgla. a mam na ten temat przygotować prezentacje na zajęcia. Może byłby w stanie mi pan coś doradzić. proszę o kontakt traviata007@interia.pl